niedziela, 10 stycznia 2016

Szklana kula - Rozdział dziesiąty.

Kolejny dzień w szkole jest męczący.
Nie wiem czy to dlatego, że się nie wyspałam, czy może ze względu na to, że dziś przypadły mi najgorsze zajęcia jakie kiedykolwiek mogłam mieć. Jestem dopiero po dwóch lekcjach, a czuję się co najmniej jak po siedmiu. Puls kiedy pomyślę, że mam tu jeszcze być kolejne trzy lekcje, mam ochotę wyciągnąć moją niewidzialną broń i niewidzialnym pociskiem strzelić sobie prosto w głowę. 
Opieram się o szafkę, tępym wzrokiem wpatrując się w jakiś punkt przed siebie. Przygryzam policzek od środka, próbując skupić myśli na czymś, co pomoże mi przetrwać resztę dnia. Jednak żadna z myśli nie była na tyle interesująca lub silna by utrzymać się w mojej głowie więcej niż pięć sekund.
Nie widziałam się dziś ze Stellą od rana, znaczy... Widziałam ją, ale nie byłam pewna czy to była ona. Przechodziła przez korytarz z kimś, nie zwracając na mnie najmniejszej uwagi. Nie wiem nawet, czy się tym przejęłam bo w obecnym momencie czuję tak dużo, że nie mam pewności czy aby na pewno coś czuję. Tak, zdaję sobie sprawę z tego jak śmiesznie to zabrzmiało. Ale tak jest, w którymś momencie zaczynasz czuć tak dużo, uczucia zaczynają się ze sobą mieszać, tworząc coś nowego, coś niezrozumiałego dla ciebie, że sam już nie wiesz co to jest i określasz to "stanem bezuczuciowym". W każdym razie ja tak robię, ale nie o tym.
Zauważam, że ktoś mi się przygląda. Podparta o ścianę dziewczyna, ubrana w ciemne ubrania, z ciemnymi oczami, wlepia we mnie wzrok. Próbuję nie zwracać na nią uwagi, zignorować, ale kiedy ona kiwa w moją stronę głową, bym podeszła, zaczynam panikować.
Przypomina mi kogoś.
Rozglądam się dookoła, by upewnić się, że to na pewno było kierowane w moją stronę. Kiedy znów patrzę na nią, ona kiwa głową.
Uh, więc to do mnie.
Niepewnie idę w jej stronę, zaciskając dłonie na pasku od torby, którą mam przewieszoną przez ramię. Dziewczyna podciąga rękawy od swojej bluzy, przypatrując się mi.
- Kim, tak? - pyta. Jej głos jest dziwny. Niski. I ma taki... nietypowy akcent. Zakładam, że nie jest stąd. Jestem tego stu procentowo pewna, bo różni się urodą bardzo.
Kiwam głową, a ona lekko się uśmiecha.
- Nie pogryzę cię, luz - śmieje się, by rozluźnić atmosferę, ale to nic nie daje, czuję się jeszcze bardziej wystraszona.
Nadgarstki. Jedna z jej rąk jest zabandażowana. Dlaczego? Upadłą ze schodów? Potłukła ją sobie? Zwichnęła?
Chyba zauważa, że patrzę się na jej ręce, bo z powrotem opuszcza rękawy. Mrugam gwałtownie oczami i podnoszę wzrok.
Włosy.
Dlaczego wcześniej nie zwróciłam uwagi na to, że są czerwone? Nie jest to idealna czerwień, są odrobinę... ciemniejsze. Ale wciąż czerwone. Marszczę brwi.
- Widziałam jak stoisz pod szafkami. Wyglądasz jakbyś była nietrzeźwa - odzywa się znów. - Przyjaciółki nie ma w szkole, co? - mamrocze i wzrusza ramionami. - Wiem jak to jest. Jesteś nowa i nikogo tu nie znasz, a samemu jest głupio... - patrzy na mnie, wpatrującą się wciąż w jej włosy.
Czy ja też mogłabym mieć takie?
Nie, czerwień by mi nie pasowała.  A róż? Chyba...
- Coś nie tak? - pyta, wyrywając mnie z zamyślenia. Kręcę powoli głową. - Co masz teraz?
- Uhm, chyba matematykę. - mruczę cicho pod nosem, spuszczając wzrok w dół.
Dziewczyna kiwa głową i bierze swój plecak.
- Z Brownsonem?
Kiwam potwierdzająco głową.
- Super. Czyli idziemy w tą samą stronę. Chcesz to możesz dziś usiąść przy mnie - wzrusza ramionami.
Potakuję.
- Jak masz na imię? - pytam nieśmiało. Powinnam ją znać, skoro ona zna mnie, prawda? Chyba powinnam.
Dziewczyna unosi jeden kącik ust w górę.
- Moje imię zabrzmi dziwnie, więc mów do mnie po prostu Zu.
- Zu? - marszczę brwi. Zakładam, że to brzmi jeszcze dziwniej od jej imienia.
- Nie pytaj czemu, proszę. O moje prawdziwe imię też nie pytaj. Chyba, że sama zechcę ci je zdradzić - mamrocze i wkłada ręce do kieszeni bluzy.
- Okej - mówię i odwracam wzrok.

 
Wydawało mi się, że Zu jest bardziej odważniejsza i pewna siebie. Ale kiedy zaczęła się lekcja matematyki, automatycznie zmieniła się w kogoś innego. Nie dawała znaku, że istnieje, że w ogóle jest na lekcji. Pochylała się nad swoimi zeszytami, nerwowo zaplatając włosy na palec, lub drapała materiał swoich dżinsów. Przyglądałam się jej, co wyraźnie jej przeszkadzało, bo zasłaniała swoją twarz włosami, odgradzała się ode mnie, ale nic nie mówiła. Czasem tylko spojrzała w moją stronę wystraszonym wzrokiem.
- Boisz się czegoś? - spytałam jej, kiedy przechodziłyśmy do innej klasy, na kolejną lekcję. Zu spojrzała na mnie, uśmiechając się nerwowo.
- A kto się nie boi? - odpowiedziała, nie mówiąc już potem nic. Ja również nie zadawałam więcej pytań.
 
♪ ♪ ♪
 
 
- Kim! - radosny krzyk Stelli, to była pierwsza rzecz jaką usłyszałam zaraz po wyjściu ze szkoły. Odwróciłam głowę, uśmiechając się lekko.
- O, przyjaciółka wróciła - usłyszałam cichy głos Zu, jednak kiedy chciałam jej cokolwiek odpowiedzieć, zauważyłam jak odchodzi, bez słowa.
Stella podeszła do mnie, ściskając mnie mocno.
- Jak się trzymasz? Wybacz, że cały dzień mnie przy tobie nie było, miałam małe zamieszanie ze wszystkim i po prostu nie miałam czasu - spojrzała mi w oczy. - Nie gniewasz się?
Pokręciłam przecząco głową.
- To dobrze, bo na mnie się nie da gniewać - uśmiechnęła się, po chwili wybuchając krótkim śmiechem. - Alan o ciebie pytał - dodała po chwili, a ja zachłystnęłam się powietrzem.
- Uh, co? - spytałam, wytrzeszczając oczy. - Czemu?
- No nie wiem... Może dlatego, że nie dzwoniłaś do niego? I się martwi?
Wywracam oczami.
- Powiedz mu, ze nie ma powodów.
- Sama mu to powiesz - Stella zaplata ramiona na piersi, a ja patrzę na nią zdziwiona. - Alan zamierza zrobić kolejne spotkanie w tym samym gronie co ostatnio.
Prychnęłam, odwracając wzrok. Alan się martwi, to super. Ale ja nie potrzebuję teraz spotkań ze znajomymi. Potrzebuję spokoju.
- Coś nie tak? - Stella zmarszczyła brwi, a ja wzruszyłam ramionami.
- Nie nic.
- Kim, kłamiesz.
Westchnęłam ciężko.
- Wiesz Stella, nie potrzebuję w tej chwili niańki, którą Alan próbuje dla mnie być. Skąd on w ogóle wie, że u mnie coś nie tak?
Dziewczyna spuszcza wzrok, nie wiedząc co ma powiedzieć. A we mnie uderza kolejna fala uczuć, których nie potrafię opanować.
- Mówiłaś mu? - unoszę brew, a ona kiwa głową. 
- Rany Kim, przepraszam. Mówiłam. Ale to tylko dlatego, ze sama nie wiem jak ci pomóc. Wiem, że cierpisz z wielu powodów i że sobie nie radzisz. Dlatego mu powiedziałam. Nie chcę żebyś była z tym wszystkim sama. Chcę tylko... 
- Dobrze, chcesz. - przerywam jej. - A pytałaś choć raz czego ja chcę? Pytałaś mnie o zdanie? Wiesz co, nie odpowiadaj na te pytania. Ja ci na nie odpowiem. Nie. Nie pytałaś. Ani razu. Nie chciałam żeby Alan wiedział, miałam swoje powody. Powiedziałam o tym tobie, bo dałaś mi powód by tobie ufać. 
Stella milczała, stała przede mną, przygryzając wargę. 
- Muszę iść - mruknęłam i pobiegłam w stronę autobusu, który miał zawieźć mnie do "domu". 
Podczas jazdy, udało mi się uronić kilka łez, ale tylko kilka. 
 
♪ ♪ ♪ ♪
 
Dziwnie jest być samemu w pokoju. Przywykłam do tego, że muszę go z kimś dzielić. Teraz wydaje się tu być tak cicho i pusto. Potrafię teraz słyszeć swój oddech, swoje ciche bicie serca, każdy szelest, który mi przeszkadza.
Nie wiem czy to przez to, że wariuję, czy może faktycznie jest aż tak cicho.
Znalazłam idealne porównanie do swojego obecnego życia. Myślenie w samotności źle na mnie wpływa, tak, tak.
Zostałam uwięziona w szklanej kuli. Kula ta obejmuje moje najbliższe otoczenie, wszystko co jest po za nią, nie należy do mojego świata i jest "niebezpieczne". Ja sama tkwię w tej kuli, a to wszystko dla mojego bezpieczeństwa, tak. Kula ta wiele lat stała nieruchomo, nikt nie zaburzał jej porządku, wszystko było tak jak być powinno. Było poukładane. A wtedy stało się to.
Ktoś odwrócił kulę do góry nogami, chcąc zobaczyć jak sztuczne płatki śniegu pomału z powrotem spadają na ziemię. Tylko, że wraz z wstrząśnięciem tej kuli, zakłócono ten spokój i porządek. Wzburzył całą harmonię, niszcząc wszystko doszczętnie. I teraz, każdy problem, czyli każdy osobny płatek sztucznego śniegu unosił się w górze, grożąc.
Świat zatrzymał się na etapie spadania problemów na ziemię. Nie spadną, póki nie znajdziemy ich rozwiązania, czyli nie przywrócimy porządku, nie znajdziemy ich nowego miejsca.
Pukanie do drzwi.



Pierwszy raz prawie dostałam zawału przez głupie pukanie do drzwi. Naprawdę.
Podniosłam się z łóżka i chwiejnym krokiem podeszłam do wejścia, by wpuścić do środka osobę, która prawie doprowadziła mnie do zawału.
Tak, nie zdziwiła mnie ta wizyta. I nie zdziwiło mnie to, że to był Max. Jego się tu spodziewałam najbardziej. Nie wyglądał najlepiej. Albo cierpi na bezsenność, albo pił całą noc, albo szlajał się samotnie po mieście.
Uśmiechnęłam się sztywno i wpuściłam go do środka, wracając na swoje miejsce - czyli na moje łóżko. Położyłam się na nim, wpatrując się w sufit pustym wzrokiem.
Max stanął przy mnie, wzdychając ciężko. Chyba spodziewał się innej reakcji z mojej strony. Nie spodziewał się, że będę tak obojętna na jego przybycie. Że nie odezwę się słowem.
- Kim...
- Hm? - mruknęłam, a on uklęknął przy moim łóżku, ujmując moją dłoń w jego. Moje były lodowate a jego bardzo ciepłe. Naprawdę bardzo ciepłe i...  W jego dotyku było tak dużo delikatności, która sprawiła iż zmiękłam. Zachciało mi się płakać.
- Rozmawiałem ze Stellą - szepnął, siadając koło mnie. Wciąż nie puszczał mojej dłoni.
- I co z tego - burknęłam, wciąż na niego nie patrząc.
Druga dłoń Max'a delikatnie dotknęła mojego policzka i zwróciła moją twarz w jego stronę.
- Co się dzieje?
- Stella ci nie powiedziała? Oh, jaka szkoda - wywróciłam oczami.
- Kim! - powiedział stanowczo, pochylając się nade mną. Jego długie włosy opadały na moją twarz. Znów brak mi oddechu i czuję, jak się czerwienię. - Nie możesz tak postępować. Widzimy co się z tobą dzieje, chcemy ci pomóc. Stella zwłaszcza. Jest dziewczyną, rozumie cię i... po części wie co czujesz - szepnął.
Zmarszczyłam brwi.
- Skąd ona ma wiedzieć, co ja czuję?
- Ona też nie ma rodziców. Wychowuje ją brat, który nie okazuje jej uczuć. W ogóle.
- Jeremy? Ten sztywny?
Max kiwnął głową.
- Tak, on. Stella cierpi, każdy z nas to widzi. Może nie zawsze, bo ma oparcie w Elliocie, w Jay'u, w Alanie. W tobie również. - spojrzał mi w oczy, aj ja nagle poczułam się winna. - I wiemy, że ty też cierpisz. Więc po części rozumiem twoje zachowanie, ale Kim...- głos chłopaka się załamał. Chyba dostrzegłam ból w jego oczach.
Pochylił się nade mną bardziej.
- Nie zapominaj proszę, że po jednej katastrofie nie wszystko musi być źle i nie warto spadać bardziej w dół - szepnął, zakładając kosmyk włosów za moje ucho.
Nabrałam głęboko powietrza w płuca, uchylając usta, oddychając ciężko.
Jego wargi znów prawie stykały się z moimi. Ta chwila trwa chyba wieki. Sekundy wydają się dłużyć. Nie słyszę nic po za moim walącym sercem i słowami, które nie zostały jeszcze wypowiedziane. Słowa te są myślami. Jego i moimi, ale tak oczywistymi, że bez użycia głosu da się je wypowiedzieć, usłyszeć.
Nawet nie wiem, w którym momencie Max znów mnie pocałował.
I wtedy właśnie zdałam sobie sprawę, że jeden z płatków śniegu opadł delikatnie na ziemię, znajdując swoje miejsce.
 
 
xxx xxx xxx
 
Rozdział zaczynałam 5 czy 6 razy.
Za każdym razem było zle i za każdym razem się załamywałam.
No ale jest.
Nie wiem czy jest dobre, ale po prostu chciałam to napisać.
Proszę o komentarze, potrzebuję "miłych słów",
bo coraz bardziej mam wrażenie, że nic mi nie wychodzi ;-;
 
 

sobota, 5 grudnia 2015

"Pękam jak bańka mydlana" - Rozdział dziewiąty.

- Jesteś na mnie zła? - pyta Max, podczas gdy idziemy wolnym krokiem do mojego pokoju, gdzie zapewne zastanę poddenerwowaną Kirę. Mówiłam już może, że jej narzekanie na to co robię, zaczęło mnie denerwować? Nie? To teraz o tym mówię. Czuję się jak w klatce, kiedy z nią przebywam. Jest naprawdę w porządku, ale nie dogadujemy się zbytnio. Zaraz po tym, jak Max zjawił się u mnie w pokoju, musiałam iść do gabinetu, gdzie, rzecz jasna, dostałam opieprz i pouczenie, że następnym razem kara mnie nie ominie. Do dupy takie życie. Gdyby moi rodzice żyli, mogłabym robić co chcę.
Wzruszam ramionami, podciągając rękawy koszuli do łokci.
- Nie jestem zła, już ci to mówiłam - odpowiadam, patrząc w ziemię. Uśmiecham się półgębkiem. - Nie rozumiem tylko, dlaczego mnie wtedy pocałowałeś.
Chłopak milczy. Napięcie pomiędzy naszą dwójką jest wyczuwalne tak bardzo, że mi nie dobrze. Ściska mnie w żołądku, kiedy o tym myślę. Mam ochotę zapaść się pod ziemię, lub zniknąć. Albo najlepiej cofnąć czas.
- Zamierzasz... Mi odpowiedzieć? - mruczę pod nosem, wciąż na niego nie patrząc. Stajemy pod drzwiami mojego pokoju. Max stoi przede mną z dłońmi w kieszeniach spodni. Nie patrzy na mnie, jego wzrok jest nieobecny, zamyślony. Wzdycham ciężko, wyczekując na jakikolwiek ruch z jego strony. Chyba mi się zdaje, ale mam déjà vu. Brakuje jeszcze, żeby znów mnie pocałował i potem znów uciekł, jak wtedy.
Jego ramiona wędrują na moje biodra, zaciskają się na nich. Przyciąga mnie do siebie i patrzy na mnie. Czuję jego wzrok na moich ustach, potem patrzy mi w oczy i przygryza wargę.
- Chyba zagubiłem się we własnych uczuciach - szepcze i uśmiecha się bardzo smutno. Tak smutno, że aż ściska mnie za serce. Mam ochotę go przytulić, pogłaskać po policzku. Rozpłakać się i powiedzieć, że będzie dobrze. Jednak nie stać mnie na żaden ruch. Moje ciało znieruchomiało, kiedy to on mnie dotknął.
- Chciałbym ci powiedzieć, że mi się podobasz, ale nie mogę - dodaje po chwili. - Chociaż teraz to powiedziałem, nie potrafię tego powtórzyć patrząc ci prosto w oczy. - odwraca wzrok.
- Max...
- Nie, Kim. Daj mi skończyć - jego wzrok spotyka się z moim. Nigdy wcześniej nie widziałam tak smutnych oczu. Naprawdę.
Kiwam powoli głową, a on nabiera głęboko powietrza. Wypuszcza je potem ze świstem i zamyka oczy na kilka sekund. To wszystko trwa tylko chwilę, ale dla mnie to wieczność.
Kiedy je otwiera, są w nich łzy. Nie spływają jednak one po jego policzkach. Po prostu tam są. Są i grożą tym, że jeśli Max pozwoli sobie na jeszcze jedną chwilę słabości, one się ujawnią.
- To co powiedziałem, to jest prawda, Kim. Z niewiadomych powodów, podobasz mi się. - zaczyna bawić się kosmykiem moich włosów. - Ale wiem, że ty do mnie nie czujesz nic - jego głos drży niebezpiecznie. Wiem, że jest bliski płaczu. Z trudem połyka ślinę. - I nie mam ci tego za złe. Rozumiem to. Dam ci czas. - szepcze i zbliża swoją twarz do mnie. Kiedy myślę, że znów mnie pocałuje, on kieruje swoje usta nieco wyżej, składając delikatny pocałunek na moim czole. - Dobranoc - szepcze i odchodzi.
- Dobranoc - odpowiadam, ale on już tego nie słyszy.

♪ ♪ ♪

Stella przygląda mi się uważnie marszcząc brwi. Zachowuje się tak od rana, jednak ja udaję, że tego nie widzę. Nie bardzo mam ochotę mówić jej o tym, co miało miejsce wczoraj, zaraz po tym jak Alan odwiózł nas do "domu". Samą mnie to męczyło, a dziele się z kimś tą informacją jak dla mnie nie było najlepszym pomysłem. 
- Jesteś dziwna - stwierdziła dziewczyna, na co ja odpowiedziałam krótkim prychnięciem. 
- No co ty - powiedziałam z sarkazmem, przeglądając listę utworów moim telefonie. I tak nic nie puszczę, nie mam ochoty nic słuchać w tej chwili. 
- Kim, możesz powiedzieć co się stało? - pyta, myśląc, że uda jej się cokolwiek ze mnie wyciągnąć. 
- Mam dziś rozmowę z nowymi "rodzicami" - kłamię, rozglądając się po korytarzu. 
-  I z tego powodu jesteś taka przybita? Nie cieszysz się, że w końcu się wyrwiesz z bidula? 
Milczę. Sama nie wiem, czy się cieszę, Stello. Życie mi się komplikuje. Hah, śmiesznie to brzmi, prawda? Życie komplikuje się  mi, nastoletniej dziewczynie, która tak naprawdę o życiu nie wie nic. To jest śmieszne, zdaję sobie z tego sprawę. To zabrzmiało tak... dorośle. A ja jestem tylko smarkaczem, któremu chwilowo nic się nie układa, bo co rusz wkopuję się w kolejne gówno, z którego ciężko mi jest wyjść. Przewracam oczami. Życie jest ciężkie. Życie jest skomplikowane. Kiedy w głowie mam te słowa, chce mi się śmiać. To brzmi, jak myśli tych wszystkich pokrzywdzonych dzieci z tumblr'a. 
- Kim! Odpowiadaj, jak pytam - z zamyślenia wyrywa mnie głos Stelli. 
- Uhm, co? A. Znaczy... Tak, cieszę się, że się stamtąd wyrwę, ale wiesz. Nie znam tych ludzi - unoszę kącik ust w górę. 
Stella kiwa głową w geście zrozumienia. 
- O, prawie zapomniałam. - Stella podskakuje w miejscu i podaje mi karteczkę. - Alan prosił, byś do niego dziś zadzwoniła. 
Kiwam głową i biorę od niej świstek papieru z zapisanym na nim numerem.
- Okej - odpowiadam i chowam kartkę do plecaka. To dziwne, ale ja już teraz wiem, że nigdzie nie zadzwonię. Po prostu jestem tego stuprocentowo pewna. - Mamy teraz... angielski?
Stella kiwa głową i zaraz po tym jak dzwonek obwieszcza koniec przerwy, kierujemy się pod salę, gdzie mamy mieć lekcje. 

Po szkole, siedząc samotnie w pokoju, w którym nie ma już Kiry, rozmyślam nad... Niczym. Naprawdę, chciałabym myśleć o czymś ważnym, może znalazłabym jakieś wyjście z któregoś z moich problemów, ale to jest bez sensu. Wzdycham ciężko i wstaję. Wychodzę z pokoju, kiedy orientuję się, że to już ta godzina. Godzina, która ma odmienić choć trochę moje popaprane życie. 
Czas, by poznać moich nowych rodziców! 
Cóż, brak u mnie entuzjazmu, czy jakiegokolwiek innego przebłysku radości. Ubieram więc "maskę" z uśmiechem, starając się, by wyglądał naturalnie. Nie zachowuję się tak, dlatego, że nie chcę mieć nowej rodziny, czy coś. Zachowuję się tak, bo się boję, a strach jest po prostu ostatnim, co chciałabym w tej chwili czuć. 
Kiedy pukam do drzwi pomieszczenia, w którym oni już tam siedzą, słyszę ich głosy, czuję ich obecność, moje serce mało nie wyskakuje mi z piersi. Blednę, robi mi się słabo i jednocześnie nie dobrze. Mam ochotę uciec. 
To wszystko wygląda przerażająco komicznie. Straciłam rodzinę, zamieszkałam w sierocińcu, bo moja dalsza rodzina nie bardzo przejęła się mną, nastolatką, która tylko straciła wszystko. A teraz stoję tutaj, czekając z nadzieją, że i ja przypadnę im do gustu i oni mnie. 
Drzwi się otwierają i kiedy to się staje, moja maska znika, wszystko, cała pewność siebie, cała odwaga po prostu ze mnie spływa. Na ich miejsce za to wkrada się niepewność i strach. 
Kiedy stawiam pierwsze kroki, przekraczając próg, mężczyzna, którego nigdy wcześniej na oczy nie widziałam, wstaje. Na jego twarz wkrada się szczery uśmiech, co powoduje również pojawienie się małych zmarszczek w kącikach jego oczu. Podchodzę bliżej i dostrzegam za nim kobietę. 
Jest dość wysoka i bardzo szczupła. Jej ciemne włosy swobodnie opadają na jej ramiona. Twarz ma... Śliczną. Jest śliczna. 
- Kim, poznaj proszę państwa Bennington. 
Kiwam głową. 
- Dzień dobry - mamroczę. Pan Bennington podchodzi do mnie, obejmując mnie na powitanie. Ten śmiały gest powoduje iż czuję się jeszcze bardziej speszona. To nie było nic złego, przytulenie nie jest złe, a on na pewno chciał tym pokazać, że nie jest żadnym sztywniakiem i że nie mam się czego obawiać. 
Chwilę potem zostaję objęta przez panią Bennington. Pachnie... słodko. Jej perfumy mnie duszą. Odchrząkuję. 
Wydają się być mili. Jednak ja czuję niepokój. Nie znam ich przecież. Nie wiem kim są i dlaczego akurat wybrali mnie. Mam miliony pytań i zero odpowiedzi. 
Zajmujemy swoje miejsca. Fotel jest niewygodny. Nie chcę na nim siedzieć. Chcę wstać. Wyjść. Dusze się tu. Powietrze jest gęste i jest tu gorąco. Pocę się. Duszę. Mam dość. Chcę do domu, chcę stąd iść. Chcę do domu. 
Chcę do domu... 
- Kim? - dłoń pani Thomson dotyka mojego ramienia. Drgam. - W porządku? - pyta zmartwiona, a ja kiwam głową. 
- Tak, wszystko jest okej. - posyłam jej nerwowy uśmiech i przenoszę wzrok na państwa Bennington. Wyglądają na miłych ludzi. 
On pochyla się lekko w moją stronę, a uśmiech nie znika z jego twarzy. 
- Więc, Kim. Chcielibyśmy wraz z moją żoną, Talindą, nieco lepiej cię poznać - mówi ciepłym głosem, a mi z niewiadomych powodów chce się płakać. Jego głos przypomina mi głos ojca. Opanowany, ciepły, pełen miłości. 
Pierwszy cios prosto w moje serce. 
- Nie masz nic przeciwko, prawda? - napotykam jego wzrok. Dobroć w jego oczach jest tak bardzo zauważalna. 
Drugi cios. 
Kręcę przecząco głową, na co on reaguje kolejnym uśmiechem. 
- Na początek może... - próbuje wtrącić się dyrektorka. Jednak pan Bennington patrzy na nią. 
- Proszę wybaczyć. Chciałbym poprowadzić tę rozmowę wraz moją małżonką sam, czy to nie będzie problemem? 
Pani Thomson kręci przecząco głową i kieruje się do drzwi. 
- W razie czego, jestem w gabinecie obok - mówi i wychodzi, zamykając drzwi za sobą. 
Zapada cisza. Słyszę swój oddech i swoje bicie serca. Oni się tak nie denerwują. Są spokojni. Opanowani. Talinda spogląda na mnie jakby... z zainteresowaniem. Nie wiem, teraz już nie jestem pewna jak to nazwać. Ale tak czy inaczej, dziwnie mi z tym. 
- Masz do nas na początek jakieś pytania? - pyta mężczyzna. Nie wiedział jak zacząć rozmowę. Sama też bym nie wiedziała. Pytania, hm. Mam. Mam mnóstwo pytań. Chcę na każde z nich uzyskać odpowiedź. Może mi pan odpowiedzieć, proszę? 
- Uhm... Jak ma pan na imię? Znaczy... - spuszczam wzrok. - Pan zna moje, a ja znam imię tylko pana żony i... 
- Chester. 
- O. - uśmiecham się nerwowo. 
Chester ujmuje dłoń swojej żony w swoją, patrząc na nią w sposób, w jaki niegdyś mój tata patrzył na moją mamę. 
Trzeci cios. 
Oboje znów patrzą na mnie. A ja po raz kolejny się duszę. Zapomniałam jak oddychać. Czuję, jak dłonie mi drżą z zdenerwowania. Do oczu napływają łzy a w gardle rośnie gula, która wywołuje takie nieprzyjemne uczucie. 
- Wszystko w porządku, Kim? - pyta kobieta, a ja chcę pokiwać głową, jednak nie mogę. Stać mnie tylko na zamknięcie oczu i rozpłakanie się. 
I tak własnie robię. Emocje biorą po prostu w górę, pękam jak bańka mydlana. 
I płaczę.



xxx xxx xxx

Rozdział dodany po...
Jak długim okresie czasu, hę? Nie pisałam tu nic, bo, jakby to ująć. 
Nie miałam motywacji do tego bloga. 
Ale teraz jakby tą motywację znalazłam. 
I wiem, Kim może się tu wydawać bardzo dziwną postacią. 
Ale nie obwiniajcie jej o nic. 
Mam mieszane uczucia co do tego rozdziału. 
Boję się pokazać coś więcej w tym opowiadaniu, yh. 
Dobrze, nie będę narzekać. Do kolejnego, mam nadzieję. 



wtorek, 29 września 2015

"Byłem cierpliwy, wytrzymałem wiele upalnych, mętnych godzin." - Rozdział ósmy.

Chyba każdy z nas nie raz myślał o swojej śmierci i o tym, jakby świat wyglądał bez nas. Jakby to było, gdybyśmy nagle postanowili ze sobą skończyć lub zginęli w dziwnych okolicznościach. Zazwyczaj każde nasze takie rozmyślanie kończyło się podsumowaniem typu: Tyle ludzi na świecie, więc nie zaszkodzi, gdy zabraknie tu takiego ścierwa jak ja.
Myślenie o śmierci nie jest złe, póki nie wprawiasz myśli w czyny. Wtedy dopiero zaczyna być źle. Ja właśnie o takiej śmierci myślę i o tym, co by było, gdybym zaczęła coś w tym kierunku robić.
Bo skoro straciłam już wszystko co możliwe, to po co jeszcze tu jestem? Co mnie tu trzyma? Dlaczego nic nie zrobiłam?
Cóż, może dlatego, że rodzice zawsze uczyli mnie walczyć z każdą możliwą słabością i uczyli mnie, że nigdy nie warto się poddawać.
Więc... może dlatego właśnie jeszcze tu jestem. Jestem tu, bo walczę. Walczę o marzenia, o to, by się ułożyło. To śmieszne, prawda? To śmieszne, jak taka głupia piętnastolatka jak ja, opowiada o tak dziwnych rzeczach.
O walce.
O śmierci.
O życiu.
No ale spójrzmy na to z innej perspektywy. Kiedy tracisz wszystko, co dawało twojemu życiu jakikolwiek sens, kiedy wiesz, że masz jeszcze dla kogo żyć... Nagle to znika. Tracisz to. I... co masz o tym potem myśleć? Pierwsze co, przychodzi ci do głowy Zabiję się a chwilę potem nie mogę się poddać. 
- O czym myślisz? - słyszę głos Alana, który, jak się okazało, cały czas siedział przy mnie. Odwracam głowę w jego stronę i kręcę nią, jakby w geście zaprzeczenia.
- O niczym ważnym, tak właściwie - przygryzam wargę, odwracając głowę. Od około godziny siedzimy z Alanem pod budynkiem, gdzie niegdyś znajdowało się studio tańca. Spytałam go, dla jakich celów tu jesteśmy, jednak on nie bardzo chciał zdradzić mi szczegóły. Tak, wiem. To wszystko wygląda podejrzanie, ale szczerze mówiąc, mało mnie teraz obchodzi, co się ze mną stanie.
- Kim... - zaczął spokojnie, obejmując mnie ramieniem. - Słuchaj mała, widzę, że coś jest nie tak.
Wzdycham ciężko, przymykając oczy.
- Nie chcę o tym gadać - mruczę pod nosem, zakładając ręce na piersi. Rozglądam się dookoła, próbując zapamiętać piękno tej części miasta. Nigdy wcześniej tu nie byłam i nie przypuszczałam, że w LA są takie miejsca jak te. Miejsca przepełnione magią i mnóstwem wspomnień.
Dookoła panuje cisza, ludzi prawie w ogóle tu nie ma, budynki są dość stare i poniszczone, aż dziw bierze, że niczego jeszcze z nimi nie zrobiono.
Na ulicach panuje mrok, gdzieniegdzie przedzierają się promienie słońca, które jest coraz bliższe schowania się za linią horyzontu.
Słyszę jak Alan wzdycha a chwilę potem słychać radosne okrzyki innych osób. Spoglądam na mojego towarzysza, na którego twarzy pojawia się szeroki uśmiech. Chłopak wstaje, ciągnąc mnie za sobą. Oboje podążamy w kierunku grupki osób. Z tego, co mogę zauważyć, znajduje się w niej jeden, bardzo wysoki ciemnoskóry mężczyzna. Na oko ma może około dwudziestu lat. Oprócz niego jest tam jeszcze jeden, równie wysoki blondyn, ubrany cały na czarno, obok niego idzie odrobinę niższy brunet, o dużych, ciemnych oczach. Ubrania ma poszarpane i wygląda jakby nie do końca rozumiał, co się z nim dzieje. Za nimi wszystkimi idzie niska blondynka, którą już gdzieś wcześniej widział...
Stella! Co ona tu robi? I dlaczego idzie za nimi wszystkimi?
Kiedy wszyscy jesteśmy dostatecznie blisko siebie, Alan wita się z każdym po kolei, odpowiadając coś radośnie na zadane mu pytania.
A ja, nawet nie zauważam kiedy, jestem przyduszana przez Stellę.
- Kim! Jak dobrze cię znów widzieć! - uśmiecha się od ucha do ucha. Nie zdążam nic jej odpowiedzieć, gdyż za nią staje ten wysoki, ciemnoskóry chłopak. Uśmiecha się do mnie szeroko, wyciągając dłoń w moją stronę, by po chwili móc przyciągnąć mnie do siebie i mocno przytulić.
- Miło cię widzieć, Kim, Alan nam już trochę o tobie opowiedział - mówi z uśmiechem na ustach, a ja przestraszona nawet nie ruszam palcem.
- Khę - odchrząkuje Stella, wyrywając mnie z ramion chłopaka. - Kim, to jest Jay. Nie przejmuj się nim, on tak zawsze - macha lekceważąco dłonią, a ja, kiwam głową, udając, ze wiem o co chodzi.
Kiedy chcę ruszyć przed siebie zderzam się z czymś.
Kiedy unoszę głowę, okazuje się, ze to nie jest coś, a ktoś. A konkretnie ten dziwny, ubrany na czarno, blondyn. Na jego twarzy pojawia się cień uśmiechu, podaje mi dłoń i beznamiętnym tonem zwraca się do mnie:
- Witaj Kim. Ja jestem Jeremy. - uśmiech znika i jakikolwiek ślad, ze kiedykolwiek tam był, również. Ściskam jego dłoń. Uścisk jest krótki, formalny. Jakby robił to przymusowo, a nie z chęci poznania nowej osoby.
Dopiero teraz zauważam, jak wielkie podobieństwo istnieje pomiędzy nim a Stellą. Moment... Jeremy.
Przecież to jej brat! Ten, o którym mówiła w szkole! Och...
Jeremy odstępuje  krok w bok i na jego miejscu szybko pojawia się ostatni z nich, ten brunet, z wielkimi, brązowymi oczyma. Nie podaje mi dłoni, nie odzywa się, tylko uśmiecha w taki sposób, jakbym miała coś na twarzy.
- Daniel - mówi swoje imię i odchodzi w kierunku Jaya i Alana.
Jeremy stoi sztywno obok swojej siostry. Wygląda jakby był wiecznie niezadowolony z życia, albo jakby właśnie urwał się z pogrzebu. Naprawdę. Jedyne, co jest w nim żywe, to jego przeraźliwie zielonkawe oczy, które w odróżnieniu od wyrazu jego twarzy, wydają się wyrażać jakiekolwiek uczucia.
Pomyśleć, że taki sztywniak przyjaźni się z kimś takim jak Alan, który jest jego całkowitą przeciwnością. Nawet Stella, która jest siostrą Jeremy'ego, jest jego zupełną przeciwnością. Jay wydaje się być raczej ciepłą osobą, a Daniel... Cóż, on jest dziwny.
- To do środka, młodzieży, przedstawienie czas zacząć - mówi Jay z uśmiechem na ustach, a ja patrzę na niego zdziwiona.
Dopiero po chwili udaje mi się zrozumieć, że mamy wejść do środka opuszczonego budynku.

W środku panowały ciemności, do póki któryś z chłopaków (naprawę, nie mam pewności który z nich to był) nie zapalił światła. Budynek w środku okazał się czymś zupełnie innym. Owszem, było tu dużo luster, niektóre z nich zostały potłuczone, a inne pokryte brudem. Jednak t nie było to, co przyciągnęło moją uwagę. W rogu sali stały instrumenty. Perkusja i cztery gitary, z czego jedna z nich, była gitarą basową i o ile się nie mylę, znajdował się tam również akustyk,a pozostałe dwie, były gitarami elektrycznymi.
Zmarszczyłam brwi, całkowicie zdezorientowana.
Jay jako pierwszy podszedł szybkim krokiem do perkusji i jakby nigdy nic, zaczął do niej mówić.
- Witaj kochana, dawno się nie widzieliśmy, co? - Śmieje się.
Zrobiłam wielkie oczy, stajać na środku pomieszczenia.
Po chwili czuję dotyk na swoim ramieniu. Odwracam głowę, by spojrzeć, kto to taki i okazuje się, że to Daniel.
- Spokojnie, on zawsze tak - szczerzy się. - Musisz się przyzwyczaić, K. - puszcza do mnie oczko i podbiega do jednej z gitar.
- Chłopaki maja zespół, jak już wiesz - mówi Stella. Podskakuję przestraszona. Jak ona się tak szybko przy mnie znalazła?!
Kiwam głową.
- I oni... tak poważnie grają, ze grają? - pytam, na co ona odpowiada mi skinieniem głowy. - Wow.
- Często przesiaduje tu z nimi jeszcze kilka ludzi.
- To znaczy?
- No... Na przykład Max, Rebbeca, Zayn, ci dwaj bracia, których imion nie pamiętam - marszczy czoło w zamyśleniu - No w każdym razie dość dużo ludzi, ale tamci nie lubią przychodzić zbytnio na próby, więc chłopaki są albo sami, albo ja ich czasem odwiedzę - wzrusza ramionami.
- Mhm... - kiwam głową.
- Ej! Kim, co ty taka małomówna - dziewczyna szturcha mnie w ramię. - Trochę życia! - uśmiecha się szeroko. - O, mam pytanie - mówi, po chwili.
Unoszę głowę.
- Słucham?
- Ym... Ten Mulat co dziś wpadł do szkoły... znasz go? - pyta z zakłopotaniem.
Kiwam głową.
- Nooo... tak jakby. Znaczy... Poznałam go przez przypadek i w ogóle...
Stella kiwa głową, uśmiechając się nieśmiało.
- A co? - pytam.
Kręci pośpiesznie głową.
- Nic, nic. - macha dłonią. - Chodź, pójdziemy do chłopaków - mówi i po chwili jestem ciągnięta przez nią za dłoń.

 ♪ ♪ ♪

Około godziny w pół do dziewiątej wieczorem, wszyscy postanawiamy się zebrać, a Alan proponuje nas wszystkich odwieść. Nim jednak opuścimy to miejsce, Jay podchodzi do mnie i wykorzystując to, że Jeremy kłóci się z Danielem (ten sztywniak jednak potrafi się śmiać), odciąga mnie na bok, by ze mną porozmawiać. 
- Kim, wiem, że czujesz się zapewne dziwnie w nowym towarzystwie, nie znając nikogo, jednak... Przy nas nie musisz się wstydzić, jasne? - unosi brew w górę, spoglądając mi w oczy. 
Kiwam wolno głową. 
- Ja wiem, że nie masz rodziców i mieszkasz w domu dziecka, jak Max.
Czuję ukłucie w sercu i łzy napływają mi do oczu. 
- Ale nie martw się, nikt tu nie będzie cię z tego powodu oceniał, lub patrzył na ciebie jak na kogoś gorszego. - uśmiecha się, kładąc dłonie na moje ramiona. 
Uśmiecham się. 
- I odzywaj się, mała - puszcza mi oczko. 
- Dobrze Jay - odwzajemniam uśmiech. 
Mężczyzna przytula mnie jeszcze krótko do siebie, po czym oboje wracamy do reszty.

Opuszczając auto i żegnając się ze wszystkimi, powstrzymuję płacz i kieruję się w stronę sierocińca. Na wejściu dowiaduję się, że wszyscy mnie szukają i mam natychmiastowo stawić się w gabinecie. Jednak ja średnio się tym przejmuję i zamiast tam, kieruję się do pokoju mojego i Kiry. 
Wchodząc do niego, od razu poznaję, ze coś jest nie tak. Kira siedzi na łóżku, przy którym leżą jej spakowane walizki. Marszczę brwi.
- Co się...
- Moja ciotka postanowiła mnie stąd zabrać, gdy tylko o wszystkim się dowiedziała. Jutro będzie tu po mnie.  - wypala od razu. 
- Och... - siadam na łóżku, w głowie mam coraz większy mętlik i coraz bardziej chce mi się płakać. 
- Um, Kim? Max cię szukał. Był tu niedawno i pytał o ciebie. 
Kiwam głową, próbując nie wyrazić tego, jak bardzo mnie ten fakt nie ucieszył. 
- Mówił, że jakbyś już... się zjawiła, to ma...
Wypowiedź Kim przerywa głośne otwarcie się drzwi
- Kim! - odwracam się, słysząc głos Max'a. Chłopak podchodzi do mnie, chwyta mnie w ramiona i przyciąga do siebie, przytulając mocno do swojego ciała.

Moje życie wywraca się do góry nogami na moich oczach. Czuję się potwornie zagubiona i mimo, że tyle rąk jest wyciągniętych w moją stronę, ja nie potrafię znaleźć tej jednej, na tyle silnej, która pomogłaby mi wydostać się z tego wszystkiego. 


xxx xxx xxx

Ósemka za nami. 
Rany, tak mało was czyta tego bloga. xD 
Znaczy no, przepraszam, 
że nie jest to jakoś super napisane, 
ale poważnie, ciężko mi się na czymkolwiek ostatnio skupić. 
Zostawcie po sobie ślad w postaci komentarza, to dla mnie ważne. 
Dziękuję ^w^ 





poniedziałek, 17 sierpnia 2015

"A ja naprawdę bardzo chcę ci pomóc" - Rozdział siódmy.

Zrezygnowałam z oprowadzania chłopaków po mieście i pośpiesznie wróciłam do sierocińca, gdzie czekała mnie "miła"wiadomość. Kiedy tylko Kim poinformowała mnie o tym, że jedna z wychowawczyń mnie szuka, szybko pobiegłam do gabinetu "głównodowodzącej".
- Kim, jak dobrze, że jesteś - mówi, kiedy tylko przekraczam próg pomieszczenia. Posyłam kobiecie cierpki uśmiech. - Usiądź, proszę - wskazuje na krzesełko przy jej biurku.
Siadam na nim, spięta i zdenerwowana. Niech to babsko zacznie gadać i nie przedłuża tego wszystkiego, bo rozniesie mnie od środka.
- Otóż... Dziś rano mieliśmy gościa - patrzy mi w oczy, a ja czuję jakby jej spojrzenie wbijało w moje ciało miliony drobnych ostrzy. Pani Jane wcale nie wyglądała na wredną, ani taka nie była. Po prostu jej zimne spojrzenie było aż nadto przerażające. Zadrżałam.
- Gościa? - pytam cicho. Nie wiadomo z jakich powodów zapłonął we mnie płomyczek nadziei, że może to babcia przyjechała mnie stąd zabrać, albo ktoś inny z rodziny. Ktokolwiek.
Ale jej następne słowa rozwiały wszelką budzącą się we mnie nadzieję, dodatkowo powodując mały ból w sercu.
- Jest ktoś chętny by wziąć cię do siebie. Chcą cię adoptować, Kim. - mówi, a je usta układają się w szerokim uśmiechu. - Czy to nie wspaniale? Za tydzień masz rozmowę z przyszłymi "rodzicami" i jeśli dobrze pójdzie, za dwa i pół tygodnia zamieszkasz u nich - klasnęła radośnie w dłonie.
A ja, próbując powstrzymać cisnące się do oczu łzy, przytaknęłam bezgłośnie po czym wstałam i wybiegłam z jej gabinetu, kierując się prosto do wyjścia z sierocińca. Nie zważałam na to, kogo potrącałam po drodze. Kłębiło się we mnie mnóstwo uczuć, od smutku po złość. Od złości po zagubienie, od zagubienia po strach. I choć bałam się tego przyznać przed samą sobą, czułam...
Radość.

♪ ♪ ♪

Mężczyzna zbliżył się do kobiety, obejmując ją w pasie. Złożył delikatny pocałunek na jej ustach i uśmiechnął się szeroko. 
- Widzisz, wszystko poszło bardzo dobrze - powiedział spokojnym tonem. - Musimy teraz tylko... Pomóc jej oswoić się z nami, z całą sytuacją, z nowym domem... 
- I poznać ją, Chester. Nie zapominaj o tym, że z początku będziemy dla niej całkowicie obcy - kobieta przygryzła wargę z zdenerwowania. Nie wiedziała, czemu się na to zgodziła. Nie żałowała podjętej decyzji, jednak bała się, że cały plan może się nie powieść. 
- Tak właściwie to dlaczego ta dziewczyna? - spytała po dłuższej chwili milczenia, swojego męża. Ten uśmiechnął się pod nosem. 
- Nie uwierzysz, ale miałem dziwny sen... - w jego głosie usłyszeć można było nutkę bólu, która jak szybko się pojawiła, tak szybko znikła. - Po wypadku jej rodziców, wszędzie było o tym głośno. I gdy wspomniano gdzieś, że ona... - gestykulował rękami, próbując wszystko obrać w słowa. Nie potrafił. - Po prostu coś się we mnie pojawiło. I to coś kazało mi się nią zaopiekować, Tal. - wzruszył ramionami, odsuwając się od kobiety. Oparł dłonie o blat, zwieszając głowę w dół. - Postradałem zmysły, prawda? - wyszeptał. 
Talinda objęła swojego męża, tuląc się do jego pleców. 
- Nie postradałeś zmysłów, Chester. Po prostu... Masz wielkie serce - powiedziała, uśmiechając się delikatnie. 


♪ ♪ ♪


Miasto. Zbyt wiele ludzi dookoła. Zbyt wielki hałas, zbyt wiele kolorów, zbyt wiele głosów, zbyt wiele wszystkiego. Nerwowo rozglądam się dookoła, próbując odnaleźć wzrokiem Max'a, który gdzieś tu powinien być. Był jedyną osobą, z którą mogłam w tej chwili porozmawiać, mimo tego, co się pomiędzy nami wydarzyło. Po prostu czułam, że tak naprawdę miałam tylko jego, a ta cała sytuacja mogła wszystko zepsuć.
Czego nie chciałam. I tak straciłam już zbyt wiele najważniejszych dla mnie osób w życiu, nie chciałam więc stracić Max'a, który w jakiś sposób mi pomagał.
Zaczynam panikować, ocierając cieknące z oczu łzy, którym po za moją kontrolą udało się wydostać spod moich powiek. Chodziłam w te i we w tę, wściekła na cały świat. Próbowałam nie zwracać gapiów, którzy mieli wzrok jakby łzy były czymś złym i odrażającym. Drażniło mnie to i nawet nakrzyczałam z tego powodu na jedną dziewczynę, która się ze mnie naśmiewała.

Opadam na twardą ziemię, podkulając kolana i mocno dociskając je do ciała. Chowam w nie twarz i kiedy chcę wybuchnąć płaczem, czuję czyjąś dłoń, dotykającą mojego ramienia. Wzdrygam się przestraszona i podnoszę głowę.
Przed sobą mam zmartwioną twarz Alana.
- Co się stało, skarbie? - pyta, pomagając mi wstać.
Krzyżuję ręce na piersi, wzruszając ramionami. Moja dolna warga drży, a ja sama ledwo co potrafię powstrzymać się przed szlochem.
- Czy to ważne? A co ty tu robisz, Alan? Nie powinieneś mieć teraz koncertu? - pytam, spoglądając w jego stronę. Ma na sobie koszulkę z jeszcze dziwniejszym napisem niż poprzednio. "Ja nie dam rady? Podaj mi klapki". Uśmiecham się w duchu, odczytując go.
Chłopak wzdycha ciężko.
- Odwołali go z powodu... - przerywa, przygryzając wargę. Ukrywa coś. - No mniejsza. - macha niedbale dłonią. - A teraz, odpowiadając na twoje pierwsze pytanie: Tak, to jest ważne. Więc co się stało?
Nabieram głęboko powietrza i chcę mu już tłumaczyć o co chodzi, kiedy przerywają mi łzy, które zbyt długo w sobie dusiłam. Alan wydaje z siebie jęk współczucia i rozkłada ramiona.
- No chodź tu, mała - mówi rozczulającym tonem i mnie obejmuje. - Może pójdziemy w jakieś inne miejsce, co? Tam będziesz się mogła uspokoić, dojść do porządku i wszystko mi opowiesz, co? - pyta, zakładając mi kosmyk włosów za ucho.
Patrzę w ziemię, wzruszając ramionami.
- Alan, czemu mam ci ufać? Przecież znam cię dzień, może dwa - mówię ochrypniętym głosem.
Azjata wzrusza ramionami.
- Bo mi naprawdę można zaufać, a ja naprawdę bardzo chcę ci pomóc - tłumaczy, posyłając mi uroczy uśmiech.
Kiwam wolno głową.
- W takim razie zgadzam się na twoją propozycję - dukam prawie niezrozumiale i ściskam chłopaka mocno.

Krótką chwilę później siedzimy w jego aucie, jadąc z dala od sierocińca i z dala od wszystkich moich problemów. Wykończona płaczem, nie wiem nawet kiedy zasypiam.


xxx xxx xxx

Boże, czuję, że tu coś zepsułam. 
Mam mieszane uczucia co do tego rozdziału. 
Być może to właśnie ten jeden z tych "przejściowych".
Nie mnie to oceniać, nie wiem... Nie wiem co o tym myśleć. 
Ocenę zostawiam wam, ktokolwiek to czyta. 



środa, 8 lipca 2015

"Na ziemi nie ma większej mocy od słów" - Rozdział szósty.

Do sierocińca wróciliśmy godzinę przed pobudką. Max uparł się, że odprowadzi mnie do mojego pokoju. A ja nie chciałam, żeby potem miał kłopoty, gdyby ktoś go przyłapał.
- I tak miałbym większe kłopoty, gdyby znaleziono nas razem po za terenem sierocińca - powiedział rozbawiony i puścił do mnie oczko.
Po podaniu tego argumentu, odpuściłam. I jak obiecał, odprowadził mnie po same drzwi. Kiedy chciałam wejść, powstrzymał mnie, chwytając mnie za nadgarstek.
- Um, Kim, naprawdę... Dzięki, że zgodziłaś się iść na ten koncert - mówi, posyłając mi uroczy uśmiech. Odwzajemniam go, zamykając drzwi od pokoju, opieram się o nie, przyglądając się uśmiechniętemu Max'owi.
- Nie ma za co Max, w sumie to... Ja powinnam podziękować, za to, że mnie wyciągnąłeś - mówię cicho, zachrypniętym głosem. Max robi krok bliżej w moim kierunku.
Zapiera mi dech w piersi, kiedy czuję jego oddech na swojej skórze. Mrugam gwałtownie.
- Max... - szepczę bardzo cicho, tak, że on być może tego nie usłyszał.
Czuję jego wargi na swoich wargach. Czuję jego silne dłonie na moich biodrach, które przyciągają mnie bliżej jego ciała. Ostrożnie kładę dłonie na jego klatce piersiowej, zaciskając palce na jego mokrej koszulce.
Poddaję się pocałunkowi, którego tak naprawdę, wcale się nie spodziewałam. Nie myślałam, że Max kiedyś się do tego posunie. Wydawało mi się, że to co nas łączy to... zwykła przyjaźń, nic więcej. Nie czuję do niego nic szczególnego, owszem, kiedy przy mnie jest czuję się bezpieczna i wiem, że mogę na nim polegać. Właściwie to... Kiedy przy mnie jest, czuję się bardziej pewna siebie i jakby szczęśliwsza.
Jedna z jego dłoni nieśmiało wkrada mi się pod koszulkę, na wysokość moich bioder. I tam też się zatrzymuje.
Panującą na korytarzu ciszę przerywa głośne bicie naszych serc.
Chłopak odsuwa się ode mnie ostrożnie, nie patrząc mi w oczy. Mimo panujących dookoła ciemności, mogę zauważyć wyraz jego twarzy. Przymknięte powieki, usta zaciśnięte w jedną linię. Zwiesił głowę w dół, zabierając dłonie z moich bioder. Nie, zostaw je tam! W ostatniej chwili powstrzymałam się przed wykrzyknięciem tego.
- Max, czy wszystko w porzą...
- Dobranoc Kimy - szepnął dziwnie przygnębionym głosem i odwrócił się ode mnie, oddalając się. Głowę wciąż miał spuszczoną w dół.
Dotykam opuszkami palców swoich ust, wspominając pocałunek. Chcę pobiec za Maxem, ale wtedy słyszę kroki i donośny głos jednego z opiekunów.
Wystraszona chowam się do pokoju, gdzie uderza mnie jasno paląca się lampka nocna przy łóżku Kiry.
Przenoszę wzrok na jej łóżko, gdzie ona sama siedzi, wściekle mi się przyglądając.
- Zgaś to - proszę, zachrypniętym głosem, zasłaniając twarz ramieniem. Nie przywykłam jeszcze do światła. I to tak jasnego światła.
- Kim. Miałaś na mnie czekać po szkole - rzuca oskarżycielskim tonem, podnosząc się z posłania. - Szukałam cię, a potem co? Zauważyłam jak znikasz z tym wysokim chłopakiem! - warczy wściekle.
Machnęłam lekceważąco dłonią w jej stronę i nie przebierając się w piżamę, położyłam się do łóżka, zakrywając się kołdrą po sam nos. Za wszelką cenę próbowałam ukryć kłębiące się we mnie emocje oraz łzy, które już dawno pojawiły się w moich oczach. Dlaczego byłam tak słaba i co chwilę płakałam? Nigdy nie wylałam z siebie tyle łez, co w ostatnim czasie.
- Nie chowaj się, do cholery, Kim! - Kira tupie nogą.
- Nie teraz - szepczę, po czym czuję szarpnięcie i ból ramienia. Kira wbiła mi w nie swoje palce, odwracając mnie w jej stronę.
- Kim! Jedna z tych wrednych bab tu była i pytała gdzie jesteś! Gdybym cię nie wybroniła, miałabyś przerąbane, rozumiesz?!
Wzruszam ramionami, znów odwracając się do niej plecami. Pociągam cicho nosem, próbując nie myśleć o tym, jak bardzo pragnę znaleźć się w domu, w ramionach matki.
A potem uświadamiam sobie, że to niemożliwe. Zamykam oczy i pozwala łzą płynąć po moich zaróżowionych policzkach.
W pokoju zapada cisza, słychać tylko ciężkie westchnięcie Kiry i to jak gasi lampkę.
W pomieszczeniu zapanowuje mrok, który wydaje się również wkradać do mojego serca, wypełniając je po brzegi i wypalając wszystko co dobre. Pozostawia jedynie krwawą ranę, z której wyciekają wszystkie lęki i obawy, opanowujące i paraliżujące moje ciało. Chcę by już był ranek, kiedy to noc odejdzie w zapomnienie, a razem z nocą w zapomnienie odejdzie również cały smutek i ból.

♪ ♪ ♪

Podkrążone oczy, cień smutnego uśmiechu na twarzy, policzki wciąż mokre od łez, drżenie dłoni po nieprzespanej nocy i niestarannie uczesane włosy. 
Nie zmrużyłam oka tej nocy chociażby na chwilę. Myśli obijające się niczym echo po mojej głowie, nie pozwalały mi spać. A kiedy do pokoju wkradły się pierwsze promienie wschodzącego słońca, zerwałam się na równe nogi, ignorując fakt iż niemiłosiernie kręci mi się w głowie. Wtedy jakby cała miniona noc dla mnie nie istniała. Była jedynie wspomnieniem, a pocałunek jakby nie istniał. 
Wszystko było jakby za mgłą. 
Nie budząc Kiry, weszłam do łazienki, w której jak zwykle panował idealny porządek, który, tak na marginesie, zaczynał mnie odrobinę irytować. 
Wszystko tu jest takie idealne. Musi być idealne. 
Wzdrygnęłam się, kiedy na krawędzi umywalki zauważyłam niewielkiego pająka, błądzącego w tę i z powrotem. 
Przebrałam się i równie szybko opuściłam łazienkę, jak i potem pokój.Wyszłam na korytarz, który jak zwykle emitował szarością i ponurością, której nie dało się nie zauważyć. Tak właściwie to to była pierwsza rzecz, jaka rzucała ci się w oczy. 
Na ścianach raziła pustka, na której miejscu tak naprawdę powinny wisieć obrazy lub cokolwiek innego. Nawet kwiatów pożałowali. Cóż, korytarze wyglądały u nas nie tak, jakby to był dom dziecka, a więzienie. 

Nie stawiając się na śniadaniu, po sprawdzeniu obecności i wyjaśnieniu gdzie się podziewałam cały wczorajszy dzień (nie zdradziłam oczywiście szczegółów, napomknęłam tylko, że poznałam nowych ludzi w szkole i razem z nimi spacerowałam po mieście) opuściłam sierociniec wcześniej. Co prawda miałam jeszcze półtorej godziny do rozpoczęcia pierwszych zajęć, a do szkoły może dwadzieścia minut piechotą, nie chciałam jednak cały ten czas zmarnować na siedzeniu wysłuchiwaniu zażaleń Kiry skierowanych w moją stronę. Chciałam też zapomnieć o tym, co stało się tam, przed drzwiami mojego pokoju. To dziwne uczucie i nieznane do tej pory jak dla mnie. 
Wzdychając ciężko, próbuję przegonić tę myśl. 
Mamy początek ładnie zapowiadającego się drugiego dnia września, a ja bez uśmiechu na ustach i strachem w oczach przemierzam ulice miasta, kompletnie nie przejmując się tym, co będzie jeśli ktoś w sierocińcu spostrzeże się, że wyszłam wcześniej bez powiadamiania kogokolwiek o tej jakże głupiej decyzji. 
Czy tak już zawsze będzie wyglądać moje życie? To znaczy, póki nie osiągnę pełnoletności. Potem mam zamiar stąd wyjechać, zaszyć się w zupełnie innym zakątku ziemi, gdzieś, gdzie to wszystko mnie nie dopadnie.
Los Angeles jest pięknym miastem i naprawdę, chciałabym tu zostać, ale nie mogę. Po prostu czuję, że nie mogę. 
Rozglądam się dookoła, dostrzegając to, jak miasto jest już obudzone by zacząć nowy dzień, wielu ludzi gdzieś się śpieszących biega po ulicach, by złapać taksówkę, inni po prostu idą gdzieś szybkim krokiem, nie zważając na to, że mogą na kogoś wpaść. Pomiędzy wysokimi budynkami przechodzi kilkoro elegancko ubranych mężczyzn, którzy wyraźnie mają odbyć jakąś ważna konferencję, która być może zadecyduje o przyszłości ich firmy. Jest tu też kilkoro nastolatków, Skate'ów. którzy jakby niczym się nie przejmując przemierzają ulice miasta na swoich deskorolkach, ciesząc się chwilą. Gdzieś w oddali widać grupkę dzieciaków, marzących spray'ami po murach starego budynku. Wyraźnie maja radochę z tego co robią, mimo iż za chwilę mogą zostać przyłapani przez policję, lub pogonieni przez jakiegoś bogatego biznesmena. 
Naciągam rękawy koszuli aż po same koniuszki palców u dłoni i wkładam słuchawki w uszy, mocno zagryzając wargi. 
Nie płacz, mała - słyszę w głowie głos brata. - Naprawdę nie warto. A po za tym, twój uśmiech jest piękniejszy niż łzy. 
Mimowolnie uśmiecham się delikatnie, an wspomnienie jego słów. 
Teraz dzielnie przemierzam miasto, kierując się wolnymi krokami w stronę szkoły...

Na lekcji matematyki jest sztywno. Każdy z uczniów wydaje się być przerażony, kiedy nauczyciel tłumaczy kolejny temat lekcji. Tylko mnie zbytnio to jakoś nie obchodzi. Zawsze uwielbiałam matematykę, ale dziś nie mam ochoty się na niej skupiać. Siedzę przy oknie, więc korzystam z okazji i wyglądam przez nie. 
Znów widzę wiecznie śpieszących się. Patrzę na zachmurzone niebo, przez które próbują przebić się promienie słońca. Wzdycham ciężko i przewracam oczami. 
Ktoś rzuca we mnie papierową kulką. Dyskretnie rozglądam się dookoła i zauważam niebieskooką blondynkę, wpatrującą się we mnie. Kiwa głową na papierową kulkę, gestem ręki pokazując bym ją rozwinęła. 
Marszczę brwi, ale robię to, o co prosi. Na zwiniętej karteczce widnieją małe, drobne literki, formujące się w napis: Jeśli możesz, nie uciekaj po lekcji jak wczoraj, poczekaj na mnie przed klasą. 
Patrzę w stronę dziewczyny raz jeszcze, a ona uśmiecha się do mnie w szerokim uśmiechu. Kiwam głową, próbując odwzajemnić uśmiech, ale wychodzi z tego dziwny grymas. 

Zaraz po dzwonku, kiedy lekcja dobiega końca, chcę uciec gdzieś na drugi koniec korytarza, gdzie nie zostanę zauważona. Nie chcę po prostu rozmawiać z tą dziewczyną, jakoś nie mam na to... ochoty. Nie mam ochoty rozmawiać póki co z nikim, prócz Max'a. Ale jego wyraźnie nie było w szkole, bo gdyby było inaczej już dawno natknęłabym się na niego gdzieś na korytarzu. 
Nagle ktoś łapie mnie za ramię i odciąga w tył, przez co o mały włos nie zaliczam gleby.
- Miałaś poczekać - mówi ktoś, wyraźnie rozbawiony. Odwracam głowę i widzę tę samą blondynkę, która podrzuciła mi kartkę na lekcji.
- Um, tak. - bełkoczę. - Ja... Ja tylko... - przygryzam wargę, na co niebieskooka dziewczyna macha lekceważąco dłonią, każąc mi tym samym przestać się tłumaczyć.
- Na imię mam Stella - mówi z delikatnym uśmiechem na ustach. - Jesteś tu nowa, prawda? To znaczy... Nie widziałam cię rok temu w tej szkole.
Kiwam wolno głową.
- Tak, przeniesiono mnie... tutaj - każde słowo wypowiadam z wielką ostrożnością, przyglądając się dziewczynie.
Stella jest mojego wzrostu. Jej długie blond włosy zostały spięte w wysokiego kucyka. Wyglądała jak ideał. Miała idealną sylwetkę, nie to co ja.
Objęłam się ramionami, próbując ukryć to, jak dziwnie się teraz czuję.
Uśmiechnęła się szerzej i wtedy zauważyłam również, że kiedy się uśmiecha jej oczy także sprawiają wrażenie "roześmianych".
- To jak, idziesz ze mną? - pyta, przekrzywiając głowę lekko w bok. Bez zastanowienia kiwam głową, uśmiechając się niepewnie. Wzrokiem wodzę dookoła, bojąc się ponownie spojrzeć na nią. To niby nic strasznego, spojrzeć drugiej osobie w oczy, ale mi w tej chwili wydawało się to być bardzo przerażające.
Razem ze Stellą zawędrowałyśmy aż na stołówkę, gdzie podeszłyśmy do stolika, przy którym siedział zgarbiony chłopak. Był wyraźnie skupiony na czymś, co robił w swoim telefonie i nic nie mogło go od tego oderwać.
- Ellioot! - krzyczy Stella i uderza chłopaka lekko w ramię. To jednak wystarczyło aby ten runął na ziemię.
- Cześć Stell, ciebie również NIE miło widzieć - uśmiecha się od ucha do ucha, wstając z podłogi. Podchodzi do blondynki i ściska ją lekko, co ona szybko odwzajemnia.
- A to...? - pokazuje na mnie.
Czuję jak się czerwienię.
Elliot wygląda na swój sposób... uroczo. Jego zmierzwione włosy szczególnie dodają mu tego uroku. Wielkimi, zielonymi oczami przygląda mi się uważnie.
Wyciąga dłoń w moją stronę, drugą przeczesując swoje bujne włosy.
- Elliot - mówi ciepło, uśmiechając się.
Ściskam jego dłoń.
- Kim.
Elliot patrzy w stronę Stelli, a ona wzrusza ramionami.
- Mów Ellie, udało ci się wczoraj przekonać rodziców? - pyta, siadając przy stole, na przeciw chłopaka. Poklepuje dłonią miejsce koło siebie, na znak bym również usiadła. Robię to.
Elliot postukuje nerwowo palcami w blat i rozgląda się dookoła. Smętnieje i wzdycha ciężko.
- Cóż...
- Nie, nie mów, że się nie zgodzili. Ellie!~
Eliot gromi Stellę wzrokiem.
- Nie nazywaj mnie Ellie, czuję się tak... kobieco - marudzi, a Stella wytyka mu język.
Chłopak wywraca oczyma.
- Nie zgodzili się - wzrusza ramionami. - To pewnie przez mój ostatni występek, kiedy wróciłem zbyt późno... - przygryzł wargę, a na jego twarz wkradł się rumieniec, którego z całych sił pragnął zamaskować. - A jak u ciebie?
Stella wzruszyła tylko ramionami i wbiła wzrok w swoje dłonie. Po jej wyrazie twarzy dało się odczytać, że coś jest nie tak.
- Cóż, Jeremy nigdy nie ma nic przeciwko... - odpowiada po czym odchrząkuje.
Przez całą ich rozmowę nie odezwałam się ani słowem, nie chcąc im przerywać. Nie czułam się głupio, nie będąc w ogóle w temacie, ani mi to nie przeszkadzało. Dla mnie to nawet lepiej, im mniej sie udzielałam, tym mniej musiałam mówić o sobie.
Nie lubię mówić o sobie.
- Kim! - Stella klasnęła w dłonie. - Powiedz no... Dlaczego przeniosłaś się tu do tej szkoły?
Potrząsam głową, wyrywając się tym z zamyślenia.
- Um... Ja... Cóż. - zaczynam, nie do końca wiedząc co mam im powiedzieć. Prawdę, mów prawdę Kimmy. - W moim... życiu - marszczę brwi. Nie lubię używać tego określenia. To brzmi tak... dziwnie i poważnie. - Khę. Noo... dużo się pozmieniało i trafiając do sierocińca musiałam też zmienić szkołę i w ogóle. - wzruszam ramionami.
Stella speszyła się.
- Rodzice cię... zostawili? - pyta cicho.
Na twarzy jej i Elliota wymalowane było współczucie.
Kiwam wolno głową.
- No... w pewnym sensie. Nie celowo zostawili - milknę na moment. - Umarli - mówię to tak, jakby to było nic, choć tak naprawdę sprawia mi to okropny ból.
- Ja nie... Przepraszam. Znaczy... Przykro mi.
- Nic się nie stało - mówię, delikatnie się uśmiechając. Przez resztę rozmowy nie odzywam się ani słowem.

Kiedy po szkole rozbrzmiewa pierwszy dzwonek, wstajemy razem ze Stellą jednocześnie.
- Co masz teraz? - pyta z lekkim uśmiechem na ustach.
- Um... Chyba angielski.
- Ja też - wyszczerza się. - Więc możemy iść razem. Em... Kim? - pyta, już mniej entuzjastycznie.
- Słucham? - unoszę głowę, by spojrzeć jej w oczy.
- Nie lubisz chyba przebywać w towarzystwie, co? - pyta, znów przechylając głowę w bok.
Wzruszam ramionami.
- No nie bardzo - odpowiadam.
Stella podskakuje lekko.
- To nic, to da się zmienić - uśmiecha się szeroko w moją stronę, a ja nie mam pojęcia co mam o tym myśleć.
Kiwam tylko niezauważalnie głową.
- Kto to jest... Jeremy?
Stella znów macha lekceważąco dłonią.
- Mój starszy brat - mówi beznamiętnym tonem, jakby to nie był nikt ważny. Jakby to był... nikt. - Udaje ważnego - mówi dalej. - I uważa się za kogoś superważnego, ale tak nie jest. - odwraca wzrok i momentalnie jej cała radość znika. - Cóż, to tutaj, nasza klasa od angielskiego - uśmiecha się, choć ja i tak wiem, że nie jest to szczery uśmiech.

♪ ♪ ♪

- Calum, nie! Cholera jasna! - blondyn biegnie za ciemnowłosym chłopakiem, próbując go powstrzymać przed gwałtownym wtargnięciem do budynku szkoły. - Hood, idioto nad idiotami! - wrzasnął ponownie, jednak jego przyjaciela wydawało się to wcale nie ruszać. 
Kiedy prawie go miał, Calum skręcił gwałtownie w lewo i zaczął radośnie krzyczeć, biegnąc przez korytarz. 
- Mamy przerąbane - szepnął pod nosem Ashton i przyspieszył, by powstrzymać niemyślącego Caluma Hooda, jego debilowatego przyjaciela. 

♪ ♪ ♪

Ostatnia lekcja, ostatnia lekcja, ostatnia lekcja. 
Tylko ta myśl krążyła po mojej głowie bez przerwy. Naprawdę chciałam już stąd wyjść i uniknąć jakichkolwiek rozmów. Stella oczywiście cały dzień szkolny mnie nie opuszczała. I co jak co, ale chyba ją polubiłam. Jest naprawdę sympatyczna i potrafi zwykła rozmową odciągnąć twoje myśli od zadręczających cię problemów. Na chwilę zapomniałam, że moim domem jest sierociniec. Poczułam się... normalnie. Okazało się, że mamy ze sobą większość lekcji, co w sumie było dobre, gdyż nie musiałam siedzieć sama. 
- Naprawdę, nie wiem kogo interesuje pieprzenie tego typka - szepnęła do mnie. - Chemia jest nuuuudna - przeciągnęła ostatnie słowo, opierając głowę o moje ramię. - Kiedyś, kiedy już będę władać światem, mianuję cię na mojego pomocnika i zlikwidujemy chemię w szkołach - wyszczerzyła się. - Damy zamiast tego lekcję, gdzie uczniowie będą poznawać nowe smaki żelków, ciastek, czekolad, lodów... - zaczęła wyliczać, na co ja zachichotałam cicho.
- Young! Spokój! Nie wszyscy chcą wysłuchiwać twojego głupiego gadania- wrzasnął nauczyciel, co wywołało u Stelli nagły napad śmiechu. 
- Groźnie, panie Smith. Jednak boję się, że uczniów bardziej by interesowało to, co ja mam do powiedzenia, niż pan - wzruszyła ramionami.
Nauczyciel zignorował jej słowa, prowadząc wykład dalej. 
I wtedy drzwi od klasy otworzyły się z hukiem, a do środka wpadł ciemnowłosy Mulat, rozkładając ręce szeroko. 
- Kochanie! Calum przybył! - spojrzał pierw na mnie, a później na Stellę i nagle jakby znieruchomiał. 
- Ja pierdolę, HOOD! - usłyszałam drugi głos, który wyraźnie należał do Ashtona. I tak jak przypuszczałam, w klasie pojawił sie również on. 
Jednak wtedy było już za późno. Połowa dziewczyn w klasie zaczęła piszczeć, ponosząc się z ławek i rzucając się na chłopaków. 
Ashton szybkim ruchem wyrwał Caluma z tłumu dziewczyn i oboje wybiegli na korytarz, a za nimi ja, chcąc sprawdzić, czy nic im się nie stanie. 

- Calum, pieprzony I D I O T O - warknął blondyn, szturchając Mulata w ramię. 
- Oj przestań Ash! 
- Pieprzony DEBIL! - wrzasnął znów. 
Calum przewrócił oczyma. 
- A kto powiedział "Chodźmy do szkoły Kim, pewnie się ucieszy!" Ja? Nie, ty! Więc to ty jesteś idiotą! 
Ashton pokręcił przecząco głową. 
- Powiedziałem ODEBRAĆ KIM SPRZED SZKOŁY, a nie WBIEC I DRZEĆ SIĘ JAK BYŚ OSIĄGAŁ ORGAZM, ŻE PO NIĄ PRZYSZEDŁEŚ, I D I O T O! 
- Dobra nie marudź, tylko... biegnij tam! - Hood wskazał na pierwsze lepsze drzwi i zatrzaskując je, razem z przyjacielem ukryli się w środku, a tłum piszczących dziewczyn próbował wedrzeć się do nich. 
- Gdzie my w ogóle jesteśmy? - spytał Calum. 
Ashton pobladł. 
- W babskim kiblu. 

Trochę zajęło, nim nauczyciele odpędzili tłum napalonych fanek spod damskiej toalety, gdzie ukrywał się Ashton z Calumem. Kiedy wyszli, Calum rzucił mi się na szyję i od razu spytał:
- Słuchaj, nie umówiłabyś mnie może z tą swo... - przerwał, gdyż Ashton uderzył go w tył głowy. - Aua!- syknął i mu oddał. 
Przewracam oczyma. 
- Co tu robicie? - pytam, kierując się w stronę Ashtona. 
Ash chce odpowiedzieć, ale wtedy wcina mu się Calum. 
- Chcemy poznać twoją nową kole...
Ponownie dostaje od przyjaciela, tylko tym razem dwa razy mocniej. 
- Aua! - Calum ponownie mu oddaje. 
- Chcieliśmy cię odebrać ze szkoły... - tłumaczy Ashton. - W końcu razem z tym twoim wieelkiim kolegą, obiecaliście oprowadzić naszą dwójkę po mieście - mówi z szerokim uśmiechem na ustach. 
Przełykam głośno ślinę i kiwam głową. 
- Um.. Tyle, żę ja nie wiem, gdzie jest Ma... 
- Cześć Kim - słyszę głos chłopaka i odwracam się. Max. - Cześć Calum, cześć Ash - uśmiecha się szeroko, choć nie jest wcale szczęśliwy. W jego oczach widać smutek. 
Ciekawe czy myśli o tym co się stało. Ciekawe czy zrobił to bo tego chciał, czy może dlatego, że tak mu w tamtej chwili odpowiadało. 
Wbijam wzrok w ziemię. 
Ciekawe czy mu się naprawdę podobam. 

xxx xxx xxx 

Cześć. To ja. I następny rozdział. 
Um...
Pod ostatnim były tylko dwa komentarza, co naprawde mnie zasmuciło. 
Rozdziały tu są dłuższe niż normalnie piszę, bo chcę tak wiele pokazać na tym blogu. 
To ten.
Trzymajcie się i... piszcie czy jest to sens ciągnąc.