niedziela, 28 czerwca 2015

"Kim jesteś, obcy człowieku, żeby mi mówić, co mogę, a czego nie mogę robić?" - Rozdział piąty.

Ugh, cholera jasna. Jutro. Jutro, punkt siedemnasta mam niezauważalnie przemknąć do pokoju Maxa, a stamtąd mamy we dwoję niezauważeni wyjść z terenu sierocińca. Yhy, to się nie uda. Czuję to. Znając mnie, coś zepsuję i nas przyłapią, albo będzie jeszcze gorzej.
Jestem już po naszej pierwszej "próbie". Tak dawno nie śpiewałam i nie grałam na żadnym instrumencie, że strasznie kiepsko mi poszło. Po za tym czułam się strasznie głupio w towarzystwie chłopaka, który swoją drogą co chwilę chwalił mnie, jak to genialnie mi idzie. Jasne, genialnie. Co jak co, ale sama wiem, kiedy coś mi wychodzi a co nie. Po za tym jego mimika twarzy zdradzała wszystko.
Przemykam ostatnie metry prowadzące prosto do mojego pokoju, otwieram drzwi i nie witając się z Kirą, rzucam się na łóżko.
- Jak było? - pyta mnie po chwili, wstając z podłogi i sprzątając swoje rzeczy.
- Normalnie, jak mogło być? - wzruszam ramionami (przebywanie z Maxem robi swoje).
- Nie wiem... Całowaliście się? - pyta, a ja krztuszę sie powietrzem.
Wybałuszam oczy i podnoszę się z łóżka.
- Ugh, co? - przeczesuję dłonią włosy. - Nie, nie, nie! - czerwienię się. - Boże, Kira.
Dziewczyna śmieje się cicho pod nosem.
Przygryzam wargę. Mówić jej czy nie? Nie powiem, przecież... Nie musi wiedzieć wszystkiego, prawda?
Wzdycham ciężko, wtulając się twarzą w poduszkę. Gwałtownie podnoszę się, kiedy przypominam sobie o paczce schowanej pod moim łóżkiem.
- A tobie co? - pyta Kira, a ja jedynie kręcę głową. Klękam przed łóżkiem, wyciągając spod niego paczkę, której tak bardzo obawiałam się otworzyć rano.
Wstaję i z szalejącym w piersi sercem jeszcze raz dokładnie przyglądam się adresowi nadawcy. Jestem zaskoczona tym, ze dziadkowie pamiętali. Tym, że w ogóle coś od nich dostałam. Nie miałam z nimi kontaktu od... kilku lat. Na pogrzebie również nie byli, bo nie mogli. A tu nagle dostaję prezent właśnie od nich.
Siadam na pościeli i zaczynam rozrywać karton, chociaż mogłabym sięgnąć po nożyczki i łatwiej by mi się to otwierało.
Ale niecierpliwość połączona z ogromną ciekawością robi swoje. To co jest w środku, jest owinięte dodatkowo jeszcze jakąś folią, przez którą niestety nie mogę jeszcze zobaczyć co to takiego. Wiem tylko, że jest miękkie.
Gdy rozrywam folię, nie mogę uwierzyć własnym oczom. Skądś kojarzę owy przedmiot, ale za nic nie mogę sobie przypomnieć skąd.
Jest to czerwona, flanelowa koszula w kratę, na której poprzyszywane są naszywki z logami różnych zespołów rockowych jak i metalowych. Jest na mnie o dwa czy trzy rozmiary za duża. Kładę ją z wielką ostrożnością na łóżko. To nie koniec niespodzianek, bo w paczce znajdowało się również zdjęcie całej rodziny. To znaczy, byłam na nim ja, mama, tata, brat i dziadkowie. Mama była wtedy w ciąży. Z tyłu zdjęcia coś pisało.

Wakacje rodzinne 17-08-2005. 

Uśmiechnęłam się do samej siebie i sięgnęłam po list, dołączony do paczki. Była tam jeszcze mała torebeczka z czymś w środku, ale to sprawdzę później. 
Zaczynając czytać list, w oczy rzuciło mi się śliczne, pozawijane pismo babci. 

Kochana Kim. 
Razem z dziadkiem wysyłamy Ci ten skromny prezent, mając nadzieję, że bardzo Ci się spodoba. 
Koszula należała kiedyś do Twojego dziadka, ale Twoja wspaniałomyślna mama zabrała ją i postanowiła nieco upiększyć. 
Uznaliśmy, że powinnaś mieć ją przy sobie. Może kiedyś uda nam się Ciebie odwiedzić. 
A druga niespodzianka się podoba? Mamy nadzieję, że radzisz sobie świetnie. 

Babcia i dziadek. 

To mama słuchała takiej muzyki? Myślałam, że nikt po za mną w rodzinie nie jest jej fanem, a tu proszę. Po śmierci rodziny dowiaduję się ciałkiem ciekawych rzeczy. 
Chwytam za ostatni przedmiot znajdujący się w paczce i otwieram go. Zabiera mi dech w piersiach. Robi mi się słabo. To są bilety. 
Bilety na koncert, o którym zawsze marzyłam. Po za biletami jest tam łańcuszek z kostką do gry na gitarze. 
Ale... Bilety. Przecież one musiały kosztować majątek. 
- Co to? - słyszę głos Kiry. Pośpiesznie chowam bilety tam gdzie je znalazłam, zdjęcie zginam w pół i wszystko chowam do szafki, pod stertę moich książek. 
- Nic, nie ważne - mamroczę i spoglądam w stronę leżącej na łóżku koszuli. - Ym, która godzina? - pytam Kiry, nie zaszczycając jej spojrzeniem. 
- Jest dziewiąta... a co? - jej głos robi się podejrzliwy. Nie patrząc na nią, wzruszam ramionami. Ściągam bluzę, którą mam na sobie i rzucam nią w kąt łóżka. Podnoszę koszulę i nakładam na siebie. Czuję się jakbym miała na sobie worek a nie ubranie. Patrzę na swoje ciało i mam ochotę zapaść się pod ziemię. Cóż, dobrze, że ta koszula jest za duża a nie przylegająca do ciała, inaczej nigdy bym jej nie założyła. 
Nie jestem osobą szczupłą. 
Potrząsam głową i szybkim ruchem podwijam rękawy aż do łokci. 
- Wychodzę - mówię beznamiętnym tonem i opuszczam pokój nim Kira zdąży cokolwiek powiedzieć. 
Nie wiem czemu, ale poczułam nagłą potrzebę rozmowy z Max'em. Mam wrażenie, że tylko on mnie tu rozumie, mimo iż go nie lubię. 

♪ ♪ ♪

Budzę się i od razu spostrzegam, że coś jest nie tak. 
Nie jestem u siebie w pokoju, to pewne. Odwracam głowę w bok, patrząc na ziemię. Na ziemi śpi długowłosy chłopak, z którym wczorajszego wieczoru odbyłam kolejną dziwną rozmowę na temat tego, dlaczego mi pomaga. Wygląda uroczo, ponieważ jego włosy są rozczochrane na wszystkie strony, a on sam tuli do siebie koc, którym zapewne był wcześniej przykryty. Wygląda jakby miał pięć lat mniej niż ma teraz.
Ale jak to się stało, ze tu zasnęłam? Ugh, nie pamiętam. Dotykam dłonią skroni. Rozsadza mi głowę od środka. Jak to możliwe, że nikt mnie tu nie nakrył? 
Wstaję po cichu z łóżka, zabieram swoją koszulę i wzdrygam się, kiedy czuję chłód na swoich ramionach. 
Szybkim krokiem opuszczam pokój Maxa, wcześniej upewniając się, że nikt nie kręci się na korytarzu. Kiedy mam już przejść do głównego holu, ktoś łapie mnie za ramię. Strach jest zbyt wielki, bym mogła odwrócić głowę i sprawdzić kto to. 
- Co tu robisz? - niski głos sprawia, że moje ciało przechodzi zimny dreszcz. 
Nie odpowiadam, przez co uścisk na moim ramieniu zacieśnia się. 
Słyszę kroki z drugiego końca korytarza, osoba, która mnie trzyma również musi je słyszeć, bo szybko mnie puszcza i znika. Oglądam się za siebie i widzę tylko biegnącą sylwetkę chłopaka. 
Zaczynam się trząść. 
Wcale nie czuję się tu dobrze. Z dnia na dzień jest tu coraz dziwniej, a ja mam ochotę uciec.

Na rozpoczęcie roku szkolnego kazano nam ubrać elegancko, ponieważ to pierwszy dzień, gdzie poznajemy nauczycieli i innych uczniów. Po prostu chcą by sieroty nie wypadły jak sieroty. Tak, to dziwne. Ale taka prawda. Inne dzieciaki pewnie będą poubierane na luzie, jedynie my nie. 
Jako, ze ja żadnych eleganckich ubrań nie posiadam, bo zazwyczaj dziwnie się w nich czuję, ubrałam poszarpane dżinsy, które wyglądały jakbym potraktowała je nożyczkami. Do tego jakaś zwykła koszulka z jakimś tam zespołem i moja nowa koszula. 
Nie będę robić z siebie idiotki, tylko dlatego, że ktoś z tego bidula zażyczył sobie abyśmy wyglądali jak sztywni idioci. 
Wystarczy, że nie mamy rodzin. Nie potrzebujemy by jeszcze się z nas śmiano w szkole. 
Związałam włosy w niedbałego kucyka i chwytając torbę, wyszłam z pokoju. 
Jak się okazało, Max już na mnie czekał. Koło niego stała zniecierpliwiona Kira. Ona jedyna się posłuchała, ubrała nawet spódniczkę. 
Zaśmiałam się w duchu. 
- Cześć Kimmy - usta Max'a ułożyły się w szerokim uśmiechu. On też miał na sobie zwyczajne ubrania, jakby pierwszy dzień szkoły nie był niczym ważnym. Bo nie był. 
- Cześć Max. - wywróciłam oczami na dźwięk dziwnego zdrobnienia mojego imienia. 
- To jak, gotowa? - pyta. 
Wcale nie chodziło mu o szkołę, wiem to. Chodziło mu o coś zupełnie innego. Chodziło mu o koncert. 
Niechętnie kiwam głową.
Nie wiem, czy jestem gotowa. 

♪ ♪ ♪

- Hej, Kim! - słyszę swoje imię, a chwilę potem czuję uścisk na swoim ramieniu.Odwracam się i widzę uśmiechniętą twarz Maxa. Jeny, czy ten człowiek musi być zawsze uśmiechnięty? To się robi straszne. Czuje, że jego uśmiechnięta twarz będzie mi się śnić po nocach. 
- Co? - zatrzymuję się w miejscu i staję na przeciw chłopaka. Moje mizerne metr siedemdziesiąt (nawet nie całe) jest niczym w porównaniu z jego ponad dwoma metrami wysokości. 
- Zmiana planów, jedziemy teraz - mówi poważnym tonem, rozglądając się dookoła. 
- C-co? - ponawiam pytanie, tym razem się jąkając. 
- To co słyszysz - przestaje się rozglądać i patrzy i w oczy. - Alan dzwonił, będzie za pięć minut niedaleko szkoły, chodź. - mówi i ciągnie mnie za sobą, nie dając mi czasu na zaprotestowanie.

- Kiiiim!
Nim zdarzę się zorientować czyj to głos, jestem ściskana z całych sił. Taak, to nikt inny tylko Alan.
- Świetna koszula - mówi, kiedy mnie puszcza. - Rozumiem, że się nie wycofujesz? - robi trik z brwiami.
Milczę. Alan jest dziwny. Jest chłopakiem, ale zachowuje się jak kobieta. Uśmiecham się krzywo, na myśl o tym, że Alan mógłby chodzić w sukienkach i nosić makijaż.
- Boże, Kimmy! Jesteś okropnie małomówna. Przeszkadza mi to, uwierz. Nie lubię być tym, co ciągle mówi i mówi i mó... - przerywa, mierząc mnie wzrokiem. - No Kim! Powiedzże coś - jęczy błagalnym tonem.
- Fajna koszulka... Alan - mówię całkiem szczerze. Ma na sobie różowo-niebieską koszulkę z rysunkiem dziwnej kolorowej małpy, pod którą widnieje napis "Jestem pożeraczem bananów". Skąd on bierze takie koszulki?
Chłopak rozpromienia się.
- Dzięki - mówi z wyszczerzem na ustach. - To jedna z moich ulubionych - przyznaje. - Chłopaki uważają, że jestem dziecinny, nosząc koszulki z dziwnymi nadrukami. - wzrusza ramionami. - Ja się nie czepiam kiedy na przykład Jeremy chodzi ciągle w pieprzonych czarnych koszulach i w ogóle nie widzi świata po za innego koloru ubraniami jak pieprzony czarny! - unosi się. Zamyka oczy i bierze kilka oddechów. - Przepraszam, poniosło mnie - uśmiecha się.
- Kim jest... Jeremy? I kim są ci chłopacy? - pytam niepewnie.
Alan macha dłonią.
- Kiedyś ci tych idiotów przedstawię, ale nie dziś. - śmieje się cicho. - Jak wrócę i oni też, obiecuję cię zabrać na jeden cały dzień spędzony z The Glass! - krzyknął podekscytowany.
- The Glass?
- To nasz zespół - wyjaśnia szybko.
- Serio? Nazywacie się... szkło? - uśmiecham się szeroko, próbując nie wybuchnąć śmiechem.
Alan robi znów trik z brwiami.
- Rozśmieszyłem cię, ha! Mam w ogóle talent do rozśmieszania ludzi - wyznaje i marszczy brwi. - Poczekaj... Wiesz co robi terrorysta, kiedy słyszy śmieszny dowcip? Wybucha śmiechem!
Prycham, nie wierząc w to, że Alan właśnie opowiedział mi suchar.
- Serio? To nie było śmieszne, Alan - mówię, uśmiechając się.
- Nie? To słuchaj tego. Jakie warzywo sprzedaje się najlepiej na targu? - czeka aż cokolwiek odpowiem. - BestSeler! - piszczy, wybuchając śmiechem. Jego śmiech jest zaraźliwy, więc i ja się śmieję. - I co? Mówiłem, że potrafię być śmieszny!
Nie potrafię nic powiedzieć, ponieważ śmiech mi to uniemożliwia. Nie śmieję się z jego żaru, a z powodu jego samego.
- Dobra Alan, koniec. Bo zabijesz Kimmy swoim zabójczym talentem do rozśmieszania ludzi. - przerywa mu Max.
Alan kiwa tylko głową i wszyscy wsiadamy do auta.

- Gdzie w ogóle jest ten koncert? - pytam, kiedy cisza zaczyna mnie denerwować. 
Max patrzy na Alana, a Alan wzrusza ramionami. 
- Gdzieś za miastem. To nie jest jakaś wielka impreza, jak wiesz. Zespół mało znany, gra tylko w naszym stanie... My z chłopakami gramy praktycznie wszędzie gdzie się da, aktualnie mamy jutro koncert w Arizonie... - marszczy czoło. 
- Jak to: macie? Nie powinieneś tam teraz z nimi być? - pytam, marszcząc czoło. 
- Powinienem. I jak tylko was odstawię, jadę tam do nich. - tłumaczy spokojnym głosem. 
- Dlaczego nie pojechałeś razem z nimi? 
- Musiałem coś załatwić - wzrusza ramionami. 
Chcę spytać co to takiego, ale gryzę się w język i milknę. 
- A jak potem wrócimy? - kieruję pytanie w stronę Maxa. 
Max wzrusza ramionami. 
- Nie wiem, tej części planu nie opracowałem - odpowiada, trochę zakłopotany. 
Wybałuszam oczy. Zaraz wybuchnę. Co za idiota. 
- Słucham?! Wiesz co będzie jak w sierocińcu... - urywam, próbując pojąć w co się pakowałam. - A skąd mam pewność, że nie wywozicie mnie za miasto, nie zgwałcicie i nie zakopiecie potem żywcem w lesie?! - krzyczę, co powoduje śmiech u chłopaków. 
- Alan cię nie zgwałci. Nawet by cię nie pocałował - tłumaczy Max, a ja czuję się lekko dotknięta. 
Azjata to zauważa i szybko mi wyjaśnia. 
- Wolę chłopców, Kim. Jestem gejem - uśmiecha się lekko. - A Max też cię nie zgwałci, bo bym go chyba za to zabił później - mówi już bardziej poważnie, co powoduje wielki uśmiech na twarzy Maxa. 
Zapada cisza. 
- Alan? - pytam, prostując się. 
- Hm? 
- Um... wiesz, nie wyglądasz jak... Amerykanin i... um...
- Mam pochodzenie Japońskie - tłumaczy szybko, posyłając mi uśmiech. 
- Oh. - bełkoczę. - Urodziłeś się tutaj czy...
Znów wpada mi w słowo i nie pozwala dokończyć pytania. 
- Tak, urodziłem się tutaj. Moi rodzice, właściwie to moja matka mieszkała w USA od małego, a ojciec sprowadził się tu później. Poznali się i takim cudem powstałem ja - jego uśmiech znikł na moment, ale tylko na naprawdę krótki moment. Po chwili znów się uśmiechał, ale już smutniej.
Kiwnęłam głową i przez resztę drogi już się nie odzywałam. 

Na koncert wpuszczono nas bez przeszkód. Nikt niczego nie sprawdzał, o nic nie pytał. Czułam się dziwnie, ponieważ nigdy jeszcze na żadnym koncercie nie byłam. 
Rodzice jeździć ze mną nie chcieli, bo nie uznawali takiej muzyki, a nikogo innego nie było kto by chciał się ze mną wybrać. Nie przyznałam się do tego Max'owi oczywiście. Nie chciałam żeby sobie coś o mnie pomyślał. Splotłam ramiona na brzuchu, przyciskając je do niego. Miałam wrażenie, że wszyscy na mnie patrzą, mimo, że wcale tak nie było. 
Alan jak mówił, odstawił nas tylko na miejsce i pojechał. Nie to, żebym źle się czuła sam na sam z Max'em, ale przy Alanie czułam się pewniej. 
Max chwycił mnie za rękę, dostrzegając to, że coś mnie martwi. 
- Hej, Kimmy, rozchmurz się. - uśmiechnął się, patrząc mi prosto w oczy. Uśmiechnęłam się smutno. - To jeszcze nie ten uśmiech, Kim. - pokręcił głową. - Chcę żebyś była taka wesoła jak wtedy przy Alanie, który opowiadał ci te głupie kawały.
Zaśmiałam się cicho, przypominając sobie tamtą sytuację.
- O to chodzi - kiwnął głową. - A teraz chodź pod scenę, poznasz resztę - puścił mi oczko i pociągnął za sobą.
Zaraz. Jak to: resztę?

"Reszta" składała się z piątki osób. Dwóch dziewczyn i trzech chłopaków. Każdy miał tu długie włosy, aż do pasa, prócz jednej z dziewczyn, która zamiast nich, miała kolorowego irokeza. Na imię jej Philly. Philly jest cholernie wysoka. Niewiele niższa od Max'a.
 Druga dziewczyna o imieniu Rebbeca, miała długie, proste włosy w swoim naturalnym kolorze. Uważa, że farba niszczy włosy i ona zamierza nigdy jej nie używać. I nie była zbyt wysoka. Dwa, trzy centymetry niższa ode mnie.
Rick, chłopak z bujnymi, długimi i kręconymi włosami nie był zbyt rozmowny. Właściwie to tylko mi się przedstawił i potem już nic nie powiedział. Za to jego brat, Alex, był bardzo rozmowny. Nie da się nie zauważyć, że to bracia, są do siebie okropnie podobni.
I ostatni z całej piątki, Zayn, był najchudszym i najniższym chłopakiem w grupie. Potem się też okazało, że najmłodszym. Dziewczyny miały po osiemnaście lat, Rick dwadzieścia, Alex siedemnaście a Zayn był tylko rok starszy ode mnie
Rozmawialiśmy przez chwilę, ale muzyka nas zagłuszała. Odpuściliśmy więc tą i tak nie klejącą się rozmowę i po prostu staraliśmy się skupić na muzyce.
Niestety mi nie udało się pozostać skupioną za długo, bo ktoś na mnie wpadł. Mianowicie jakiś Mulat bez koszulki.
Pomógł mi szybko wstać, nim zwróciłam mu uwagę i przepraszał. Przyjrzałam mu się dokładniej i mogłam przysiąc, że już go gdzieś widziałam. Jego szeroko otwarte, przestraszone oczy wydawały się być najsłodszą rzeczą jaką człowiek mógł zobaczyć w życiu. Na jednym z jego obojczyków miał wytatuowaną rzymską cyfrę, a na drugim czarne piórko.
Za nim stał chyba jego przyjaciel, bo zaczął go uspokajać i odciągać ode mnie, jeszcze raz przepraszając za swojego debilowatego przyjaciela.
Kiwnęłam głową, nic nie mówiąc. Mulat chciał coś powiedzieć, ale wtedy wtrącił się Max, odciągając nas wszystkich na bok.
- Co wy za jedni? - spytał dość groźnie, przyciągając mnie do siebie.
Blondyn uderzył Mulata w tył głowy.
- Mówiłem, idioto, trzymaj się mnie i nie szalej, ale niee, pan Hood wie lepiej co ma robić! Teraz możemy mieć przesrane, bo wpadłeś na dziewczynę tego groźnego typka! - uderzył go jeszcze raz, na co ciemnowłosy jęknął.
- Ash, ogarnij się no. Nie chciałem, po za tym przeprosiłem - spojrzał na mnie. - Serio, przepraszam. Powiedz swojemu chłopakowi, żeby mnie nie bił, proszę - jęknął błagalnie.
- To nie jest mój chłopak - zaprzeczyłam szybko - I nic ci nie zrobi - dodałam, na co Max zareagował niezadowolonym jęknięciem. Wbiłam mu łokieć w żebro.
- O, okej. W takim razie... okej - Mulat wyszczerzył się. - Jestem Calum Hood, a to mój przyjaciel Ash...
- Ashton Irwin - blondyn wyciągnął dłoń w moją stronę. Ścisnęłam ją, uśmiechając się.
- Kim, po prostu Kim - uśmiecham się szerzej. - A to jest Max - pokazuję na chłopaka, który pomachał Calumowi i Ashtonowi.
- Wysoki jest - stwierdził Calum.
- No - przytaknął Ash.
Max się zaśmiał.
- Czemu w ogóle chodzisz bez koszulki, Calum? - spytał Max.
Calum machnął ręką lekceważąco.
- Gdzieś zgubiłem. Wchodzę na koncert, mam koszulkę, przemieszczam się przez tłum i BOOM! Nie mam jej - wzruszył ramionami, robiąc minę poszkodowanego szczeniaczka.
Wszyscy pokiwaliśmy głowami.
- Skąd jesteście? - Max znów zadał pytanie.
- Z baaardzo daleka - Calum zrobił gest ramionami, jakby chcąc powiedzieć, że przybywają kosmosu.
- Z Australii - powiedział Ash, przewracając oczami. - A w LA jesteśmy... na wakacjach - zaśmiał się. - A wy?
- Stąd - Max się wyszczerzył. - To znaczy, nie dokładnie stąd. Mieszkamy w centrum Los Angeles.
Calumowi opadła szczęka.
- Wooo, jak zajeb...
- Hood, nie klniemy przy paniach. - powstrzymał go przyjaciel.
Calum zwiesił głowę w dół.
- Nie byliśmy jeszcze w samym LA, jesteśmy tu od... kilku godzin jakoś. Nasz zespół zatrzymał się niedaleko w hotelu, jutro mamy koncert i ten... - zaczął tłumaczyć Ashton.
- Może chcecie żeby pokazać wam trochę miasta? - zaproponował Max.
Nie, Max. Nienawidzę cię. Chcę do domu.
Nadzieja na to, że chłopaki się nie zgodzą, runęła, kiedy Ash kiwnął głową i powiedział, że z miłą chęcią dadzą pokazać sobie Los Angeles.
I nie było mowy, żeby szli beze mnie, tak przynajmniej powiedział Calum. Czyli po raz drugi zostałam wkopana w coś, czego nie chciałam.
Będę tego kiedyś żałować.

Albo nie będę żałować wcale...

xxx xxx xxx 

Długi rozdział. I zapewne nudny. 
Cały czas odnoszę wrażenie, że coś tu psuję.
 No ale nic.
Zostawiajcie po sobie komentarze i w ogóle. 
Do następnego!





czwartek, 18 czerwca 2015

How could we not talk about family, when family's all that we got?* - Rozdział czwarty.

*Jak mamy nie mówić o rodzinie, skoro rodzina to wszystko, co mamy?
- I co, możesz się dodzwonić? - spytała Kira, po dłuższej chwili milczenia.
Kręcę przecząco głową, wzdychając ciężko.
- Nie odbierają, może... może oddzwonią później - wzruszyłam ramionami. Paczka, która leżała na moim łóżku, była od moich dziadków. Jeszcze jej nie otworzyłam, bo... poniekąd boję się to zrobić. Tam może czekać mnie masa wspomnień.
Chwytam paczkę w dłonie i wsuwam pod łóżko. Otworzę ją wieczorem. A teraz... teraz muszę iść do Maxa.

♪ ♪ ♪

Nie wierzę, że tu jestem. Nie wierzę, że pcham się w to wszystko, co zatytułowane jest "MAX". Nie wierzę, naprawdę w to wszystko nie wierzę. Biorę głęboki wdech i prostuję się, siedząc na łóżku Maxa, na którym on sam w sumie mnie posadził. Ucieszył się jak przyszłam. Teraz próbuje się "ogarnąć", bo zastałam go w samych spodniach z włosami, które żyły własnym życiem.
Pokój ma całkiem spoko urządzony. Znaczy, niewiele różni się układem ot tego, w którym śpię ja i Kira. Jest tu więcej... plakatów, zdjęć. W rogu pomieszczenia stoi oparta o ścianę gitara akustyczna, a zaraz koło niej leży również i elektryczna. Na poduszce koło siebie, zauważam pałeczki do gry na perkusji. Jak jeszcze gdzieś zobaczę kla... O. Klawisze. Jak mogłam ich nie zauważyć? 
Woow... On musi być serio wkręcony w świat muzyki, jak nikt inny. Ja próbowałam coś robić, jakoś kształcić się muzycznie, ale nigdy mi nie szło. 
Max wraca z łazienki, zakładając na siebie czarna koszulkę z logiem Slayer'a. Włosy ma rozczesane, ale coś zaczyna mu przeszkadzać i kilkoma ruchami dłoni, sprawia, że są w kompletnym nieładzie. 
Przyłapuje mnie na tym, że ciągle mu się przyglądam. Uśmiecha się od ucha do ucha. 
- Coś nie tak? - pyta, wsuwając stare i zużyte trampki na stopy. 
Kręcę przecząco głową, przygryzając wargę. 
- Grasz na wielu instrumentach - odpowiadam cicho, po czym odchrząkuję. 
Kiwa głową. 
- Cóż, nie mam co robić to opanowuję grę na coraz to innych rzeczach - wzrusza ramionami i się prostuje. - Gotowa? 
Kiwam głową, nie przestając przygryzać wargi. 
- Myślę, że tak. 
Uśmiecha się szerzej. 
- Mogą cię trochę nogi boleć, bo to jest jakiś kawałek stąd, spokojnie, wychowawcy nic nam nie zrobią, przyzwyczaili się do mojego znikania z sierocińca na długie godziny - ponowne wzruszenie ramionami. 
Wytrzeszczam oczy. 
- S-słucham? Nie będzie nas... cały dzień? - pytam z niedowierzaniem. Nie byłam na to gotowa. Nie byłam gotowa na to, że opuścimy ten budynek i ruszymy na miasto. Nic mi o tym nie wspominał. 
- No raczej. Moja... pracownia muzyczna, jeśli mogę ją tak nazwać, jest dość daleko stąd. 
- Będziemy tam sami? - pytam, idąc za nim, kiedy wychodzi z pomieszczenia na korytarz. 
Śmieje się krótko pod nosem. 
- Kimmy, nie zadawaj mi tyle pytań, to wszystko to niespodzianka. 
Cholera jasna, Kim. W co ty się pakujesz? 

♪ ♪ ♪

Los Angeles tętni życiem. Jak zawsze z resztą. Nawet jeśli to nie jest samo centrum miasta, to i tak jest tu tłum ludzi, przez który razem z Maxem musimy się przeciskać. Gdyby nie to, że chłopak trzyma mnie za rękę, dawno bym się zgubiła. 
Jest upalnie, ale w południe będzie jeszcze cieplej. Mam nadzieję, że do tego czasu zdążymy dojść na miejsce, bo nie bardzo odpowiada mi chodzenie po mieście, w tłumie ludzi w tak ogromnym skwarze. 
Nie urodziłam się w LA. Przeprowadziłam się tu razem z rodzicami, kiedy miałam pięć lat, zanim urodziła się moja młodsza siostra - Ivy. Wcześniej mieszkaliśmy w stanie Nevada, w małej wiosce, gdzie moim zdaniem było o wiele lepiej niż tu, w wielkim mieście pełnym wszystkiego. Potrząsam głową, wyrzucając z niej resztki wspomnień. Muszę skupić się na drodze. 
- Daleko jeszcze? - pytam Maxa, kiedy zatrzymujemy się przy jakimś budynku, którego nigdy wcześniej nie widziałam. Kręci przecząco głową.
- Nie, spokojnie Kimmy. - Kimmy. Kimmy. Kimmy. Halo! Na imię mam Kim. Nie Kimmy. - Za chwilę będzie tu jeden z moich znajomych i zabierze nas tam gdzie trzeba. 
Wzdrygam się. Powinnam wiać. Poważnie. I to już. Nie znam Maxa, a to co powiedział zabrzmiało odrobinę groźnie. No może tylko dla mnie, ale ja już tak mam, ze panikuję bez powodu. 
- Um... znajomy? - unoszę brew w górę. 
Max się śmieje. 
- Spokojnie, on akurat jest nieszkodliwy - szczerzy się. On akurat jest nieszkodliwy. To kto jest szkodliwy?


I faktycznie, po kilku minutach, które spędziliśmy z Maxem w ciszy, przed nami stanęło czerwone auto, niewielkie i wcale nie jakieś z lepszej półki. Z niego wysiadł niezbyt wysoki chłopak, który podszedł do nas.
- Kimmy, Alan, Al, to jest właśnie Kimmy - przedstawia nas sobie, Max. Alan wygląda na... groźnego. Ta surowa mina i ciemne okulary. Wzdrygam się. Dopiero potem zwracam uwagę na napis na jego koszulce. "Lubię naleśniki, bądź więc moim naleśnikiem". Co. 
Patrzę znów na jego twarz. Ściągnął okulary, brak surowej miny, którą zastąpił szeroki uśmiech. Dopiero teraz zauważam, że jego oczy są... Jest Azjatą. Mrugam kila razy gwałtownie. 
- Cześć Kimmy - wita się ze mną. 
- Um, cze...
Nie kończę, ponieważ chłopak bierze mnie w ramiona i mocno przytula. 
- Au. 
Puszcza mnie szybko i mówi, żebyśmy z Maxem wsiedli do auta. Robimy co każe, cały czas jestem zdenerwowana, co doprowadza do obgryzania paznokci. Głupi nawyk, zawsze to robię kiedy coś jest nie tak.
- Reszta chłopaków też jest? - pyta nagle Max. Alan kręci głową w zaprzeczeniu.
- Nie, są poza miastem. Też do nich dołączę dziś wieczorem, ale pierw muszę coś z a ł a t w i ć - ostatnie słowo wymawia z wielką ostrożnością, podkreślając je.
Max kiwa głową.
Cholera.
Cholera.
Cholera.
Wbijam paznokcie w ramię, przygryzając wargę najmocniej jak umiem (oczywiście uważam, by nie przegryźć jej aż do krwi). Mogłam zostać z Kirą w tym pieprzonym sierocińcu.
- W ogóle, niedługo w mieście jest koncert, Max. Idziesz? - Alan znów zabiera głos.
Max cmoka z dezaprobatą  i wzrusza ramionami. Ten gest chyba wszedł mu w nawyk bo robi to prawie cały czas. Ugh.
- Nie wiem - kręci głową.
Alan spogląda w lusterko nad sobą, by spojrzeć na mnie.
- A ty Kim, idziesz?
Ugh, co? Idę... W sensie... koncert?
- Ym, ja... nie. Nie wiem. Ale nie. Nie idę - przełykam ślinę. Czym się tak denerwuję. Max uśmiecha się szeroko.
- Idzie. W sumie ja też pójdę. - odpowiada Alanowi.
- Co? - prostuję się. - Nie, ja nie idę - prycham.
- Idziesz, musisz iść, Kimmy, nie pożałujesz tego.
Milczę. Nigdzie z nim nie idę, na żaden koncert. Nie chcę mieć problemów. Po za tym niedługo zaczyna się szkoła, a ja muszę do niej chodzić. Mama i tata zawsze powtarzali, że nauka jest najważniejsza... Ale teraz ich tu nie ma.
Nie myśl Kim, że możesz sobie robić co chcesz. Sierociniec, opiekunowie, oni cię obserwują. Jeśli pójdziesz na ten koncert możesz mieć poważne kłopoty. Nie idziesz. 
- Ugh, kiedy ten koncert? - pytam, nie zaszczycając ani jednego z chłopaków spojrzeniem. Mimo to, mogę się założyć, że Max znów wyszczerza się od ucha do ucha.

xxx xxx xxx

Taa da... dobra. Nie wiem czemu tu daję ten rozdział, który jest szczególnie dziwny, ale okej. xD
Mało osób to czyta, mało osob komentuje, a mi odechciewa się pisać, mimo iż mam wielkie plany co do tego bloga. Cóż, zobaczymy jak to będzie. Jeśli dalej będą odzywać się tylko trzy osoby, to jakoś nie widze sensu by to pisać (przez co mogę zginąć z rąk Oliwii, która chce to bardzo czytać) 
Nie przynudzam. 
Komentujcie i do następnego. 

piątek, 29 maja 2015

Dziwne rozmowy? Dlaczego nie. - Rozdział trzeci.

Mija pierwszy tydzień odkąd się tu pojawiłam. I pierwszy tydzień odkąd ich tu brak. Odkąd to wszystko się stało.
Ciężko mi z tą myślą, ale cóż, zawsze mogło być gorz... W sumie to nie mogło. Jutro mam urodziny, a za po jutrze idę do nowej szkoły, której okropnie się boję. Co prawda mogłam zostać w starej, ale ze względu na to wszystko, uznałam, że potrzebuję nowego otoczenia.
Wzdycham ciężko i przecieram zmęczoną twarz dłońmi. Jest godzina 00:12, a ja jeszcze nie śpię, mimo iż cisza nocna zaczęła się dobre dwie godziny temu.
Nie mogę usnąć, myśli nie pozwalają mi spać, biegają po moim umyśle, próbują go roztrzaskać na kawałeczki, próbują mnie w pewien sposób zniszczyć.
Wzdycham bardzo ciężko.
Podnoszę głowę i od razu kieruję wzrok na zegarek. 00:22. Głowa mnie boli. Powinnam chociaż próbować zasnąć, ale i tak wiem, ze nic z tego.
Po kilku minutach zastanowienia wstaję z łóżka, wsuwam różowe kapcie na nogi i cichym krokiem kieruję się do drzwi. Mam nadzieję, że Kira się nie obudzi (chociaż ona i tak ma twardy sen, wątpię aby cokolwiek ją obudziło).
Cicho opuszczam pokój i wychodzę na korytarz, gdzie już jest nieco chłodniej.Obejmuję się ramionami, przypominając sobie, że nie wzięłam ze sobą żadnej bluzy ani swetra. Czegokolwiek, co mogłoby mnie ogrzać. Przygryzam wargę i wzdycham, zastanawiając się, czemu tak właściwie opuściłam pokój. Jeśli tylko któryś z opiekunów mnie przyłapie, nie będzie za ciekawie.
Po dłuższej chwili postanawiam się ruszyć i powoli ruszyłam w stronę wyjścia na ogród. Wiem, że zastanę drzwi zamknięte na klucz,
Mijam korytarze, wszędzie panuje cisza. Żadnych opiekunów, żadnych innych dzieciaków, Mimo to, boję się, że zostanę nakryta na nocnej przechadzce po sierocińcu.
Ile bym dała, by być pełnoletnią i się stąd wynieść.

Stoję przed drzwiami, którymi za dnia wychodzę z Kirą na ogród. Teraz są zamknięte i wydają się być dwa razy wyższe i potężniejsze niż w ciągu dnia. W nocy wszystko wydaje się być straszniejsze. Nawet ty sam wydajesz się być sobie straszny.
Kładę dłoń na klamce, mimo iż doskonale wiem, że drzwi nie otworzę. I wtedy doznaję szoku. Drzwi bez przeszkód się otwierają.
Mrugam gwałtownie oczyma i uchylam drzwi nieco bardziej, by po chwili dostrzec siedzącego na jednej z ławek chłopaka. Siedzi do mnie tyłem, ale i tak potrafię się domyślić kto to jest. Tylko jeden chłopak w sierocińcu ma tak długie i jasne włosy.
To ten sam chłopak, który kilka dni temu uśmiechał się do mnie na korytarzu. Nie wiem czemu go zapamiętałam.
Waham się, czy do niego podejść, czy cofnąć się i uciec do pokoju, zanim nas oboje tu przyłapią. Kiedy zaczynam się wycofywać, słyszę głos.
- Kim jesteś?
Przełykam głośno ślinę i zaciskam usta w cienką linię. Brawo Kim! Ty zawsze miałaś genialne pomysły!
Gdy nie odpowiadam, słyszę jego kroki. Podchodzi do mnie i chwyta mocno za ramię, odwracając mnie gwałtownie w jego stronę. Zaczyna wpatrywać mi się prosto w oczy i cały gniew znika, ustępując miejsca... radości? Przerażeniu? Zaniepokojeniu? Nie potrafię tego określić.
Jego usta bezdźwięcznie wypowiadają moje imię.
Puszcza mnie.
- Co tu robisz? - pyta, odsuwając się lekko ode mnie.
- A ty? W ogóle, czemu tak zareagowałeś? Wystraszyłeś się mnie? - unoszę jedną brew w górę, krzyżując ręce na piersi.
Prycha, wracając na swoje miejsce. Stoję osłupiała, nie wiedząc co mam robić.
- No chodź tu - mówi, patrząc w moją stronę.
Przewracam oczami i po chwili siedzę koło niego, pocierając dłońmi ramiona.
Otwieram usta, by spytać chłopaka, jak ma na imię. W końcu on moje zna, ja jego jeszcze nie. Wtedy on mnie wyprzedza.
- Max.
Kieruję wzrok w jego stronę, marszcząc śmiesznie brwi.
- Skąd wiedziałeś o co chcę cię spytać?
Wzrusza ramionami.
- Nie miałem pojęcia, po prostu uznałem, że ładnie byłoby się przedstawić na początku rozmowy - wyszczerza się.
Kiwam głową i kieruję wzrok w ziemię. Dopiero teraz dostrzegam, że przy nogach chłopaka stoi szklana butelka piwa.
- Kim?
Odwracam głowę w stronę Maxa, przyglądając mu się uważnie. Chłopak chwyta szklany przedmiot w dłoń i przykłada go do ust. Alkohol. Nigdy nie lubiłam jego zapachu. Źle mi się kojarzył. Kojarzył mi się z czasami gdy...
- Um, zadam ci teraz parę dziwnych, dla ciebie, dla mnie nie, pytań, okej? - uniosi jedną brew w górę, tym samym przerywając moje przemyślenia.
Kiwam  głową.
- Palisz?
Potrząsam głową zdziwiona.
- W sensie... papierosy?
Zaśmiał się.
- No a co innego? - pyta z uśmiechem na ustach.
Kręcę przecząco głową.
- Miałaś kiedykolwiek alkohol w ustach?
Nie, oczywiście, że nie!
- Nie - przygryzam wargę.
Czuję ogromną gulę w gardle. Tylko pytanie... dlaczego?
- Yh, a... narkotyki?
Narkotyki.
Co proszę?
Że niby ja?
Narkotyki?
Nie, jeszcze nie planuję samobójstwa.
- Nie - odpowiadam ciszej i odwracam głowę w przeciwną stronę. Te pytania zaczynają mnie irytować. Po co mu to wiedzieć?
Chwyta mnie za nadgarstek.
- Samookaleczasz się? - głos ma całkiem poważny. Wyszarpuję swój nadgarstek z jego uścisku.
- Nie - patrzę mu prosto w oczy. - Nie jestem typem człowieka, co po ogromnej stracie popada w paranoję i zaczyna widzieć wszystko w czarnych kolorach. Nie tnę się, nie cięłam. Nie zamierzam. Nie zamierzam się też zabijać czy puszczać po stracie rodziny, nie zamierzam tracić nadziei, Max.
Chłopak wzdycha głośno.
- Kim, to nie tak, że cię o coś osądzam. Czuję się za ciebie odpowiedzialny. Obiecaj mi więc, że nie wejdziesz tu, w tym sierocińcu, w żadne układy pomiędzy siedemnastoletnimi idiotami. Jeśli to zrobisz zaprzepaścisz wszystko, jasne?
- Max, nie zamierzam...
Prycha, przerywając mi.
- Też tak mówiłem, rozumiesz? A teraz? - wstaje z ławki, stając na przeciw mnie i rozkłada ramiona. - Tu wcale nie jest bezpiecznie. Jak tylko nadarzy się okazja, po prostu wiej.
Nie patrzę na niego. Nie rozumiem ani jednego słowa z tego, co teraz powiedział.
Niebezpiecznie w sierocińcu? Niemożliwe.
- Za dwa miesiące skończę osiemnastkę i stąd wyjdę, pojadę daleko, sam nie wiem tak naprawdę gdzie - wzdycha ciężko. - Do tej pory będę cię pilnował. Czuję się odpowiedzialny za ciebie, bo... znałem Cody'ego.
Cody.
Mój brat Cody. Pilnowałam by go nie wypowiadać, by nie wymawiać go nawet w myślach. Od tamtego dnia żadnego z ich imion nie wypowiedziałam, ani o nich nie pomyślałam.
Max, nienawidzę cię za to.
- Łzy cisną ci się do oczu, czemu nie płaczesz? - pyta zdziwiony. - Próbujesz... myśleć pozytywnie tak? Zapomniałaś o jednym i najważniejszym. Nie wolno dusić w sobie łez, nie wolno dusić w sobie jakichkolwiek uczuć, Kimmy. To ci nie pomoże myśleć pozytywnie, a raczej doprowadzi cię do śmierci.
Wzdrygam się.
Wstaję i podchodzę do Maxa.
- Co ty o mnie w ogóle wiesz człowieku? Znałeś mojego brata, nie mnie, mnie widziałeś może dwa, trzy razy w życiu - odpycham go. - Zostaw mnie najlepiej, jasne? - wściekła ocieram łzy, którym udało sie wypłynąć na policzki. Max mocno chwyta mnie za ramiona.
Boli.
- Cody mówił o tobie dużo. Zrozum to. Znałem go, pokazywał mi jak grasz, jak śpiewasz. W dniu twoich urodzin chciał cię do mnie przyprowadzić, a ja miałem pomóc ci w udoskonalaniu swoich talentów, rozumiesz? - jego wzrok wwiercał się w moje oczy, powodując u mnie paraliż. - Czuję się winny przysługę twojemu bratu. Obiecałem, że ci pomogę. Dotrzymuję obietnic. Nie pozbędziesz się mnie Kim. Nie, póki jesteśmy w jednym sierocińcu. - luzuje uścisk na moich ramionach. Po chwili czuję jak jego własne ramiona obejmują mnie mocno i przyciskają do jego ciała.
- Wszystkiego najlepszego Kim - szepcze, a ja wybucham płaczem.



♪ ♪ ♪

- Najlepszego Kimmy! - Kira z samego rana rzuca mi się na szyję, a ja ledwo kontaktując co się dzieje, upadam na podłogę razem z nią. 
- Co jest grane... - mamroczę zaspana. 
Wróciłam do pokoju... Sama nie wiem o której. I nie wiem też jak. Nie pamiętam kompletnie niczego. Pamiętam tylko Maxa i naszą całą rozmowę. Ugh. 
Kira stoi z wyciągniętą w moją stronę ręką, w której trzyma jakiś zawinięty w ozdobny papier przedmiot. 
- Co to? - pytam zdziwiona.
- No twój prezent. 
- Oh.
Biorę od niej przedmiot niepewnie i patrzę na nią z dołu. 
- No twórz - uśmiecha się. 
Kiwam głową i idę za jej radą. Odwijam to owe coś i moim oczom ukazuje się bardzo znana mi okładka albumu muzycznego. 
- Ojej - uśmiecham sie szeroko i wstaję, by mocno przytulić dziewczynę. - Dziękuję! 
- Nie ma za co, a teraz się ubieraj. Czekam tam gdzie zawsze - puszcza mi oczko i wychodzi.
Przeczesuję włosy, które żyją własnym życiem i rozglądam się po pokoju, podchodzę do szafy i wyciągam pierwsze przypadkowe ubrania. Dziś są moje piętnaste urodziny. Pierwsze urodziny, które spędzę bez rodziców i rodzeństwa. W obcym miejscu, gdzie znam około dziesięciu osób, ale tylko z jedną normalnie rozmawiam. Dziwne to wszystko.

- Ktoś idzie w naszą stronę - szepcze Kira, szturchając mnie w ramię. Podnoszę głowę znad talerza i zauważam Maxa, który kieruje się w moją stronę. Przewracam oczami i przygryzam wargę.
- Znasz go? - pyta, patrząc w moją stronę.
Kiwam głową i w tym samym czasie, Max dosiada się do naszego stolika.
- Dzień dobry Kimmy - uśmiecha się do mnie, a ja to odwzajemniam. Nie patrzę jednak w jego stronę.
- Cześć Max. - odpowiadam krótko i znów zaczynam grzebać w talerzu. Jakoś przeszła mi ochota na tę sałatkę. - Um, to jest Kira, Kira, Max.
Kira uśmiecha się do chłopaka i wraca do jedzenia.
- Kimmy, dziś po obiedzie. Tam gdzie wczoraj, okej? - uśmiecha się i odchodzi. Wzdycham ciężko i chowam twarz w dłonie.
- Kto to? - pyta zaciekawiona Kira, robiąc trik z brwiami.
Śmieję się.
- Przyjaciel mojego brata - odpowiadam krótko.

Po śniadaniu wracam z Kirą do naszego pokoju, choć większość osób wychodzi z sierocińca (za pozwoleniem opiekunów, rzecz jasna) na miasto, by uczcić ostatni dzień lata. Ja nie mam za bardzo ochoty gdziekolwiek wychodzić i szwendać się po mieście bez żadnego konkretnego powodu.
Kiedy wchodzimy do pomieszczenia, pierwsze co rzuca mi się w oczy to paczka leżąca na łóżku.

xxx xxx xxx

Dłuższy troszkę niż zawsze ale no. Po tak długim czasie się należy. :D 
Także no... byłabym wdzięczna za każdy komentarz i w ogóle (czemu zawsze muszę o nie prosić?) Wciąż walczę o zapał do pisania, którego ostatnio mi strasznie brak. Nie wiem czy wam się to opowiadanie podoba czy nie... 
Nie przedluzam. 
Do zobaczenia! 

piątek, 1 maja 2015

Czasami trzeba iść dalej, nawet jeśli boli zbyt bardzo. Nie wolno się poddawać, po prostu nie wolno. - Rozdział drugi.

Leżąc na łóżku, wpatrywałam się w zdjęcie, na którym jestem ja i moja rodzina. Ciekawa jestem, czy oni teraz tu są. Znaczy, wiem, że zawsze będą ze mną, że nigdy o nich nie zapomnę, ale... Czy oni teraz są tutaj tak... tan naprawdę.
Przekręcam głowę i zaczynam wpatrywać się w sufit. Liczę mijające sekundy. Chcę poznać już Kirę. Chcę się dowiedzieć, jaka jest. Chcę móc z kimś porozmawiać. Chcę po prostu nie być sama.
Bo teraz, po tym wszystkim, czuję się nieco osamotniona. Zabrano mi sporą część mojego serca, którą była moja rodzina. Cóż, czasami człowiekowi musi zostać odebrane coś, by mógł dostrzec to, czego nie dostrzegał wcześniej. Ja na razie nie ostrzegam nic, wykluczając ogromną pustkę, która zdaje się mnie pochłaniać coraz bardziej. Wydaje mi się, że nie dam rady, że w końcu tęsknota za bliskimi mnie zniszczy... Ale ja próbuję walczyć, nie mogę się poddać, bo ani mama, ani tata nie byliby z tego dumni. Nikt by nie był.
Ugh, Kimmy, znów o tym myślisz, chyba to już przerabiałyśmy. 
Tak tak, nie wolno mi się zamartwiać, wiem o tym.
Dziwicie się teraz odrobinkę i zadajecie sobie pytanie "czy ona słyszy głosy w swojej głowie? Co z nią nie tak?"
Już wyjaśniam. To nie są żadne głosy, a ja nie zwariowałam. Czasami karcę samą siebie, wyobrażając sobie, że robi to ktoś inny, czyli malutka osoba, gdzieś tam w środku mnie, która jest bardzo do mnie podobna, ale ma inny kolor oczu - to tak dla rozróżnienia, która jest która (i tak nikt z nas nie będzie musiał nas rozróżniać, bo ta druga niby-ja istnieje tylko w mojej głowie).
W pomieszczeniu rozlega się skrzypienie drzwi. Ktoś wchodzi do środka, na co szybko zrywam się na nogi. Opiekunka - ta sama, która odwiedziła mnie wcześniej - i wyższa ode mnie blondynka. To pewnie Kira.
Uśmiecham się delikatnie, zauważając iż dziewczyna ma na sobie koszulkę z logo zespołu, za którym nie przepadam. One Direction.
Zauważyła, że się na nią patrzę i niezgrabnie założyła ręce na piersi, próbując ukryć nadruk na koszulce.
- A więc to jest Kim - kobieta pokazuje na mnie, a ja w tym czasie wyciągam dłoń w kierunku nowej koleżanki. Jednak ona, nie ściska jej, patrzy na moją rękę, jak na coś, co miałoby ją zaraz skrzywdzić.
Cofam dłoń.
Opiekunka odchrząkuje głośno.
- Więc dziewczęta, poznajcie się bliżej, a ja już pójdę - posyła nam obu ciepły uśmiech (który jest wymuszony) i wychodzi. Oczy Kiry kierują się na moją twarz, przygląda mi się uważnie i powolnym krokiem podchodzi do swojego łóżka, kładąc na nim torbę i plecak.
Siadam na mojej pościeli i wbijam wzrok w podłogę, kompletnie nie wiedząc jak mam zacząć rozmowę.
Kiedy chcę się odezwać, ona mnie uprzedza.
- Jeśli masz zamiar prawić mi kazanie na temat tego, jak bardzo nie mam gustu muzycznego, to lepiej siedź cicho.
Jej głos jest dość niski, jak na dziewczynę w jej wieku. Nie ma w nim radości i brak... barw, kolorów. Jest smutny.
- Nie zamierzałam tego robić - mój głos drży, choć wcale miał nie drzeć.
Odchrząkuje.
Kira odwraca się w moją stronę i prycha.
- Jaasne... - przewraca oczami i wbija wzrok w moją koszulkę, na której widnieje logo jednego z metalowych zespołów, których słucham. - Metale i im podobni zawsze czepiają się ludzi, którzy słuchają tego, czego ja słucham. - patrzy mi w oczy, a ja dopiero teraz zauważam, jakiego koloru są jej oczy.
Zielone. Zielone oczy, w których tlą się iskierki niepewności i lęku. Kira udaje kogoś twardego, ale też się boi. Jak ja. Tyle ze ja, tego strachu nie ukrywam.
Obie milczymy.
Dziewczyna wzdycha ciężko.
- Serio nie zamierzasz się czepiać? - pyta z nadzieją w głosie, a ja energicznie kręcę głową w zaprzeczeniu. - Um... Okej, to-to super. - po raz pierwszy odkąd z nią przebywam, na jej twarzy pojawia się cień uśmiechu. - Ile masz lat?
- Piętnaście, nie skończone, za kilka dni mam urodziny - odpowiadam spokojnie, podciągając nogi na łóżko i siadając w siadzie skrzyżnym.
- Którego? - unosi brew.
- Trzydziestego pierwszego sierpnia. A ty ile masz lat?
Nie odpowiada przez krótszą chwilę, słyszę jej ciężki oddech.
- Szesnaście. W styczniu skończę siedemnaście.
Kiwam głową. Wyglądam przez okno, które znajduje się między naszymi łóżkami.
- Kim? - słyszę po chwili.
Kira wykręca nerwowo swoje palce u rąk, przełyka głośno ślinę.
- Słucham?
Przygryza wargę.
- Przepraszam, że ci to teraz mówię, praktycznie cię nie znając, ale pomyślałam... - urywa, by znów przygryźć wargę. - Że skoro obie jesteśmy w takim a nie innym miejscu, to mogę ci powiedzieć... - uśmiecha się nerwowo, aja wciąż słucham. Nie chcę jej przerywać. Niech mówi.
- Jestem tutaj, bo mój ojciec pije. Jest alkoholikiem i nie raz robił matce awantury. To przykre siedzieć i słuchać tego, jak ją wyzywa od szmat, od... - zamyka oczy. - Nie powtórzę tego, przepraszam. Któregoś dnia moja matka zniknęła z domu. I potem już nie wróciła. Przez miesiąc mieszkałam z ojcem alkoholikiem, póki nie wylądowałam w szpitalu. Nie pobił mnie, ani nic... Po prostu zawoził mnie do szkoły. Pijany, jak możesz się domyślić - wzdycha ciężko. - Ja naprawdę... głupio mi się tak zwierzać, może ty tego nie chcesz słuchać, ale musiałam. Przepraszam - jej dolna warga zaczyna drżeć, do oczy napływają łzy, które szybko ściera wierzchem nadgarstka.
Przygryzam wargę i wstaję. Wolnym krokiem podchodzę do niej i siadam na jej łóżku.
- Moi rodzice i rodzeństwo zginęli w wypadku - z mojego gardła wydobywa się cichy szept, na który Kira podnosi głowę, wlepiając załzawione oczy we mnie. - Miałam tamtego dnia jechać z nimi, ale zostałam w domu z powodu... "szlabanu". - uśmiecham się pod nosem. - Mieli wrócić późnym wieczorem, ale zamiast nich, w drzwiach zastałam policjantów, którzy zabrali mnie tu. Wyjaśniono mi wszystko. Przepłakałam dwa dni, nie spałam, nie chciałam jeść, ani rozmawiać z psychologiem. Czułam się, jakby zabrano mi wszystko. - przełykam głośno ślinę.
Milknę.
Kira chwyta moją dłoń, nie wiedząc do końca, czy robi dobrze, dotykając mnie. Po chwili ją puszcza.
Siedzimy w bezruchu długi czas i milczymy.
W moich oczach również są łzy, ale staram się nie dać im popłynąć po policzkach.
Kira wzdycha.
-Ty tak naprawdę... słuchasz tej cięższej muzyki?
Kiwam głową, unosząc kąciki ust w górę.
- A ty tak naprawdę słuchasz popu?
Uśmiecha się szeroko.
- No... Tak. Nie będzie ci przeszkadzać, jeśli będę ci puszczać tutaj taką muzykę? - unosi brew w górę, drapiąc się w tył głowy.
Szczerzę się .
- Jeśli tobie nie będzie przeszkadzać moja...
Odwzajemnia uśmiech.
- Okej. W takim razie, umowa stoi. - mówi z szerokim uśmiechem na ustach.

♪ ♪ ♪

Jeszcze tego samego dnia po obiedzie, szłam z Kirą korytarzem, którym miałyśmy wyjść na "ogródek". Rozmawiałyśmy na temat "najprzystojniejszych członków zespołów", których słuchałyśmy. Ja dowiedziałam się o istnieniu osób, których kompletnie nie znałam, a ona śmiała się, gdy opisywałam jej, jak wyglądają członkowie zespołów, których słucham ja. 
- Więc... twoją ogólną pasją jest muzyka? - pyta. 
Kiwam głową. 
- Zawsze marzyłam, żeby mieć swój zespół, ale to nie możliwe. Pewnie znajdę w przyszłości normalną pracę i jakoś to będzie - wzruszam ramionami. 
Kira mnie szturcha. 
- Ej, ja wierzę, że ci się uda. A jeśli tak, to chcę miejsca VIP na twój pierwszy koncert! - zaśmiała się.
- Okej, masz to już załatwione - patrzę na nią, również się śmiejąc. Nie patrzyłam przed siebie, więc nie mogłam zauważyć osoby, na którą właśnie wpadłam.
Zderzyłam się z kimś. Z kimś wysokim i umięśnionym. Podniosłam głowę w górę, przede mną stał chłopak, choć za pierwszym razem myślałam, że to dziewczyna. Serio, on ma dłuższe włosy ode mnie.
Uśmiecha się szeroko.
- Um... Przepraszam - szepczę cicho, speszona nieco tą sytuacją. Nienawidzę wpadać na chłopaków. Nienawidzę wpadać na kogokolwiek.
- Jest spoko - odpowiedział, a uśmiech nie schodził mu z twarzy. Marszczę brwi i cofnęłam się o krok. Czuję się niekomfortowo i mam ochotę uciekać stąd gdzie tylko się da. Patrzę na Kirę, a ona wzrusza ramionami.
- Możesz przestać się uśmiechać? - pytam spokojnie, a chłopak zaczyna się śmiać. Teraz jestem kompletnie zdezorientowana cała sytuacją.
- Chodźmy stąd - szepcze Kira i chwyta mnie za rękę, odciągając od niego.
Kiwam głową i ruszamy przed siebie, wtedy on znów się odzywa.
- Pogadamy później, Kim!
Odwracam wzrok od niego.
Skąd znał moje imię?

Późny wieczór. Leżę w łóżku, Kira pewnie już śpi. Ja nie mogę.
Ten chłopak... ja go znam. Widziałam go już wcześniej. Był przyjacielem mojego brata. Rozpoznał mnie, a ja jego nie.
Wzdycham głęboko i zamykam oczy.

Tej nocy śnią mi się rodzice i brat z siostrą. Płaczą. Żegnają się ze mną...



xxx xxx xxx

Więc... Roads Untraveled uważam za oficjalnie otwarty! :D 
Bo to w sumie dziś miał się pojawić prolog, ale prolog już macie... i pierwszy rozdział tez już macie... 
Więc daję wam drugi. :D Cieszę się bardzo, że ludziom podoba się mój zwiastun, do którego link macie z boku, w kartach. Jakby ktoś jeszcze nie widział, to zapraszam. :) 
I tak, wiem, że zawiesiłam blogi... Właściwie to zawiesiłam tylko RTN i BTH, a ten blog pisać zamierzam, bo... jest tu co pisać. :D 
Dobrze, nie przynudzam, zachęcam do zostawienia komentarzy i w ogóle. Anonimowo też można! 
No, to do następnego! ♥


niedziela, 5 kwietnia 2015

Zastanawiales sie moze kiedys dlaczego to co sie dzieje w naszym zyciu, jest przypisane akurat nam? - Rozdzial pierwszy.

Kiedy jesteś szczęśliwy, myślisz, że masz wszystko co człowiek może chcieć, prawda? No i po części przyznam ci rację. Bo bez szczęścia nie można... Nie można być szczęśliwym.
Zastanawiałeś się może, czym tak naprawdę jest TWOJE szczęście? Co powoduje, że się uśmiechasz, że... Po prostu masz chęć by istnieć, by żyć.
Ja dużo nad tym myślałam, okropnie dużo.
Och, przepraszam. Zapomniałabym. Mam na imię Kim, mam piętnaście lat i mam wielką wyobraźnię, ogromną ilość marzeń, dziwny tok myślenia i dość nietypowy styl. Co mogę jeszcze powiedzieć o sobie, abyście się do mnie bardziej przekonali i bliżej poznali? Cóż. Muzyka jest moim życiem, nie rozstaję się ze swoimi słuchawkami i telefonem prawie w ogóle. Nawet do łazienki z nimi chodzę (tak, to trochę dziwne). Nie wierzę w wielkie miłości i nie wymagam księcia na białym rumaku bla bla bla. Właściwie to zależy mi bardziej na takiej prawdziwej przyjaźni, w której otrzymam wsparcie... i takie inne.
Ym... Nie lubię się nie przedstawiać, nie lubię jak ktoś mało o mnie wie i mnie od razu ocenia... Więc tak... Właściwie to nie wiem od czego zacząć, bo... um. To jest i będzie moja historia, którą spiszę i będę spisywać. Chciałabym zacząć od wydarzenia, które wywróciło moje życie do góry nogami.
Konkretniej - od śmierci mojej rodziny. Tak, rodziny. Mamy, taty, rodzeństwa. W sumie jestem sama... Co prawda, mam dziadków, ale ci mieszkają w domu starców i nie bardzo na rękę jest im przygarnięcie mnie. Więc jestem tutaj, w domu dziecka.
Mieszkam tu od kilkunastu godzin. Miałam kilka rozmów z psychologiem i jeszcze jakimiś ludźmi, których tak naprawdę gówno obchodzi co czuję, oni tylko wykonują swoją pracę. Jak wszyscy tutaj. Nasi opiekunowie i inni. Oni nie są tu bo nas kochają, tylko wykonują swoją pracę. A mnie i tak tu nie będzie. Jeszcze trzy lata i się stąd ulotnię.
Kim będę? Jeszcze nie wiem. Może artystą, może muzykiem. Nie wiem. Ale nie o tym. Miałam mówić o śmierci rodziny.
Ludzie myślą, że to takie ciężkie rozmawianie o tym, ze to sprawia ogromny ból i tak dalej. No bo fakt, sprawia, ale... Mnie uczono, że nie ważne jak byłoby źle, szukaj dobrych stron.
Co dobrego mogę znaleźć w... tak ogromnej tragedii? Chociażby to, że żyję. Czyli... no żyję i najwyraźniej żyć muszę.  Moja rodzina pojechała sobie na wycieczkę, a ja jako jedyna zostałam w domu (nawet nie chciałam jechać, to miała być kara). No i nie zginęłam w tym pieprzonym wypadku.
Stało się, cóż. Muszę żyć dalej. Sama czy nie. Prawda, boli mnie wiele rzeczy, bo nie będzie już tak jak było...
Owszem, pojawiają się u mnie myśli typu "też mogłam zginąć", "dlaczego nie było mnie tam z nimi", ale próbuję to sobie tłumaczyć w ten sposób, że... Tak miało być i ja z tym nic nie zrobię.
No i to na tyle, jeśli chodzi o to złe.
I nie, nie okaleczam się.
Nie, nie mam w tej chwili myśli samobójczych.
Nie, nie chcę pogrążyć się w rozpaczy i użalać się nad wszystkim i wszystkimi a potem popaść w coś zwanego depresją i...
... zabić się.
Nie chcę tak skończyć. Nie po to mam tyle marzeń.
Moimi marzeniami są... koncerty.
Tak, chcę jeździć na koncerty.
I podróże!
I setki miliony innych rzeczy.

Z zamyślenia wyrywa mnie pukanie do drzwi. Gwałtownie wstaję z łóżka i idę w ich kierunku. Um, znów gadałam do samej siebie, znaczy... myślałam. Boże, Kim. Przecież tu nie ma ludzi a ty wydajesz się mieć wrażenie, że jest ich tu tłumy i do nich przemawiasz. Jakbyś była kimś superważnym, a nie jesteś.
Do pomieszczenia wchodzi kobieta, jedna z opiekunów.
- Wygląda na to, że nie będziesz tu sama, Kim - uśmiecha się ciepło. Ją jako jedyną lubię, jej uśmiechy wydaja się być szczerze (choć dobrze wiemy, że nie są, Naprawdę jest bardzo zmęczona ciągłą pracą i chciałaby w końcu odpocząć).
- Um... - splatam ramiona na piersi. - To znaczy? - unoszę brwi.
- Będziesz mieć współlokatorkę - jej uśmiech się poszerza, a ja zaczynam czuć się dziwnie.
- Kiedy?
- Najprawdopodobniej jeszcze dziś.
Kiwam głową.
- Spoko - mówię najzwyczajniej w świecie i odwracam się w stronę łóżka. - A... jak ma na imię?
- Kira. Dogadacie się - uśmiecha się ostatni raz i opuszcza pokój.
Będę mieć współlokatorkę. Powinno być ciekawie. Mam tylko nadzieję, że nie będzie to jakaś psychofanka jakiegoś ślicznego artysty i nie będzie ciągle do niego wzdychać. Bo tego nie wytrzymam.
Kładę się z powrotem na łóżku i zamykam oczy.

Jestem Kim i... pomimo swojego wieku, pragnę zmienić ten świat w jakiś sposób zanim odejdę. A do tego, mam nadzieję, zostało mi jeszcze wiele czasu...



xxx xxx xxx

Nie jest to superświetne ale... Starałam się. I mam nadzieję, że teraz nikt nie oceni opowiadania z góry i nie napisze "że jest przewidywalne itd. Nie wiecie co chcę tu pokazać, więc nie piszcie takich rzeczy. Dajcie mi się rozkręcić, proszę. 
I zostawcie po sobie komentarz. 
Dzięki!